wtorek, 31 grudnia 2013

Święta i po świętach.

Święta minęły bardzo szybko. Niestety w tym roku były zasmarkane i kaszlące. Na szczęście czuję się już lepiej, a święta mimo wszystko spędziliśmy w rodzinnym gronie. W Wigilię mieliśmy też małą rocznicę, minęły Nam dwa lata od zaręczyn. I co najważniejsze, chyba udało mi się odstresować, zapomnieć na chwilę o pracy i polenić. A teraz mamy już Sylwester, Nowy Rok... a ja się pytam kiedy ten czas tak szybko zleciał? Jutro będziemy już o rok starsi a ja wciąż nie wiem, czy mam się cieszyć... czasami czas ucieka mi przez palce a ja nic nie mogę zrobić... 
Jaki był ten stary, mijający rok? Na pewno nie był łatwy. Dużo się wydarzyło, tych złych, ale i tych dobrych chwil też było sporo... Zaczynając od stycznia, w tym miesiącu wybraliśmy datę Naszego ślubu i od tego czasu zaczęło się planowanie i pomału załatwianie pierwszych formalności. Przez ten rok zarezerwowaliśmy salę na ślub, kościół, mamy też DJ-a i fotografa, krawcową, która uszyje mi suknię i nauki przedmałżeńskie.Tak więc jeszcze tylko poradnia przedmałżeńska, wybieranie zaproszeń, obrączki, garnitur... Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążymy bez nerwów i niepotrzebnych stresów. 
Marzec już nie był dla mnie tak szczęśliwy jak styczeń. W marcu poszłam na badania kontrolne do szpitala i wróciłam z nogą w gipsie. To był dla mnie ciężki czas, ale z pomocą bliskich osób dałam radę, choć do teraz jest gdzieś we mnie lęk. 
Początek czerwca również nie zaczął się zbyt fajnie... pamiętne wesele N., gdzie włożyłam całe swoje serce w przygotowania, by im pomóc, poprzestawiałam wszystkie swoje sprawy i nie usłyszałam nawet dziękuję, tylko pretensje. Potem dowiedziałam się, że ta sama osoba, którą znam od kilku ładnych lat wcale nie jest moją przyjaciółką i okłamywała mnie od samego początku. Przeżywałam wewnętrzną gehennę przez kilka miesięcy, ale myślę, że w końcu udało mi się zakończyć ten rozdział. 
W połowie września dostałam pierwsza pracę w zawodzie, ogromna radość, bo straciłam już nadzieję, że ktokolwiek da mi szansę. I ostatnie trzy miesiące starego roku to głównie praca, uczelnia, obowiązki domowe, czyli cały czas na wysokich obrotach, ale jak patrzę teraz na to wszystko z dystansu to dochodzę do wniosku, że nie było tak źle. Na początku grudnia złapałam jakieś choróbsko, które gdzieś tam jeszcze we mnie siedzi, ale skutecznie próbuję się go pozbyć. 
A jaki będzie nadchodzący 2014 rok? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że lepszy niż ten mijający:) Na pewno będzie wyjątkowy, ze względu na przygotowania i ślub, na który już się nie możemy doczekać. 2014 to także moja planowana obrona magisterki. W grudniu odbiór Naszego własnego mieszkania. 
Czego sobie życzę?
-by stary rok stał się zamkniętym rozdziałem, by nie wracały już te sprawy, o których nie chcę pamiętać
-by nowy rok był lepszy
-jeszcze lepszej organizacji w życiu, pracy, na uczelni...
-zdania styczniowego egzaminu pnja
-napisania pracy magisterskiej w terminie i obrony
-pięknych wspomnień z przygotowań do ślubu
-aby nasz wyjątkowy dzień, właśnie taki był - wyjątkowy i pełen pozytywnych emocji
-chciałabym przestać palić, póki co jestem na dobrej drodze
-chciałabym w końcu poprawić swoje wyniki, a przede wszystkim schudnąć
-i chciałabym w tym całym natłoku przeróżnych spraw mieć jeszcze czas dla siebie, dla Nas, by pielęgnować Naszą miłość.
To te ważniejsze życzenia, moje priorytety, które wiem, że są realne i możliwe do spełnienia, wystarczy chcieć, bo w większości zależą ode mnie i mam nadzieję, że dam z siebie wszystko, by się spełniły. 

A czego życzę Wam?
Spełnienia marzeń przede wszystkim! Tych małych i tych dużych, tych oczywistych i tych skrywanych na samym dnie Waszych serc:) Życzę Wam dużo miłości w tym nowym roku, wewnętrznej stabilizacji, siły by dzielnie stawiać czoła różnym przeciwnościom, choć mam nadzieję, że będzie ich jak najmniej. I życzę Wam, żebyście zawsze były takie, jakie jesteście i żeby zawsze była okazja do spotkań, nie tylko tych wirtualnych:)
Kochane, Szczęśliwego Nowego Roku!


środa, 25 grudnia 2013

Świątecznie


Kochane, z całego serca życzę Wam magicznych Świąt Bożego Narodzenia. Niech trwające Święta przyniosą Wam wiele radości, spokoju, odpoczynku... Życzę Wam pełnych brzuszków, prezentów pachnących choinką i miłości, dużo miłości. Wszystkim i każdemu z osobna życzę Wesołych Świąt:*

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przed świątecznie.

Do Świąt został już tylko jeden dzień. Od piątku mam wolne. Ostatni okres nie był dla mnie łatwy, praca, uczelnia i inne obowiązki. Byłam już tym wszystkim zmęczona i mam nadzieję, że właśnie przez te kilka wolnych dniu uda mi się naładować akumulatory. 
A to, że mam wolne, wcale nie znaczy, że leniuchuję. Wręcz przeciwnie. Jak zawsze wszędzie mnie pełno, ale obiecałam sobie, że zwolnię i wyluzuję. 
Skończyliśmy już nauki przedmałżeńskie. Rany, jak ten czas szybko leci! W piątek byliśmy podpisać umowę z fotografem i krawcową, więc w kwestii ślubu mamy na chwilę spokój. Między Świętami a Nowym Rokiem poumawiałam się na przymiarki sukienek. Niby jakiś swój typ mam, ale ciągle się u mnie coś w tej kwestii zmienia, więc muszę poprzymierzać i upewnić się czy ta, czy inna. Będzie mi towarzyszyć Nina, więc mam nadzieję, że przy okazji spędzimy razem miły dzień :)
Choinka wylądowała na balkonie. Kupiliśmy środek na mrówki, obsypaliśmy całą ziemię w doniczce. Wczoraj zdecydowaliśmy się wnieść choinkę do środka, a dziś rano wstaję i pełno mrówek biega po podłodze:/ nosz myślałam, że szlak mnie trafi. Dziś bezapelacyjnie choinka ląduje na dworze, no trudno, chciałam dać jej szansę. W tym roku więc muszą nam wystarczyć pozostałe świąteczne dekoracje, choinka to nie wszystko, już nie będę biegała szukając choinki na siłę. Mamy mnóstwo do zrobienia. Po powrocie do domu czeka nas gruntowne sprzątanie pokoju, bo świąt z mrówkami spędzać nie chcemy. Będę dziś robiła bigos i sałatki a jutro rano upiekę sernik. Na Wigilię jedziemy do moich rodziców, potem do dziadków na kawę i prezenty i do rodziców Em.
Dzisiaj jestem na etacie niani z moją małą G., jak za starych czasów :) będziemy piekły dziś ciasteczka cynamonowe, więc mała będzie miała frajdę. Do 16 pobędziemy razem, a potem wracam do domu i trzeba brać się do roboty, bo daleko w polu jesteśmy, przez nieproszonych intruzów. Mam nadzieję, że jutro po południu w końcu sobie usiądę, odpocznę i nigdzie nie będziemy musieli pędzić. Pewnie zdążę się tu jeszcze pojawić, by złożyć Wam świąteczne życzenia :)

niedziela, 15 grudnia 2013

Święta bez choinki.

Tak się cieszyłam na zbliżające się święta... głównie duchowo, ale też z powodu zapachu pierniczków i choinki w doniczce. No to mam co chciałam. W sobotę, w drodze powrotnej z uczelni kupiłam piękną choinkę i ile się namęczyłam, żeby dotachać ją do domu... założyłam lampki, zawiesiłam bombki i ozdoby i tak sobie stała jeden dzień. Teraz stoi rozebrana na balkonie, bo... okazało się, że w naszej choince jest mrowisko i inne robale! Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam, w zeszłym roku mieliśmy choinkę w doniczce i u mnie w domu odkąd pamiętam zawsze była choinka w doniczce... zauważyliśmy, że coś jest nie tak jak się ziemia "sama" zaczęła wysypywać, a właściwie to taki żwirek... nosz zła jestem i żal mi, bo jednak trochę kosztowała ta nasza choinka i nie wydam kolejnych pieniędzy na kupno nowej, więc będziemy mieli święta bez choinki. Już mi wszystko jedno. 

Jestem już przemęczona. W zeszłym tygodniu miałam taki maraton w pracy, że ledwo ogarniałam, do tego wszystkie inne sprawy. W tym tygodniu kończymy już nauki przedmałżeńskie, nawet nie wiem kiedy zleciały te trzy tygodnie, bo dopiero co był początek grudnia. Ale jeszcze tylko tydzień, a potem do końca roku w końcu odpocznę, nabiorę dystansu i nadrobię wszystko to, na co nie miałam ostatnio czasu. 
Weekend minął nawet nie wiem kiedy, bo cały weekend zajęcia. W sobotę skończyłam zajęcia wcześniej i wyciągnęłam Em. do Ikei na zakupy. Pod choinkę od moich rodziców kupiliśmy sobie w końcu małżeńską kołdrę, wymieniliśmy od razu poduszki na nowe i jeszcze przygarnęliśmy nową pościel:) także z zakupów byłam zadowolona:) a na koniec dnia poszalałam i w końcu kupiłam sobie nowy telefon. Trochę mnie Em. namówił, że w końcu mam prawo, że mi się należy, no i mnie przekonał:) o to on klik. Trochę czasu minie zanim się przyzwyczaję, ale myślę, że będzie nam się dobrze ze sobą "współpracować":) 
Dzisiaj urwałam się z ostatniego wykładu, jakoś nie miałam ani nastroju ani ochoty na dłuższe siedzenie, zwłaszcza, że wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu artykułu na zajęcia, a dzisiaj wykładowca nagle zmienił koncepcję i zrobił zupełnie inny temat. 
Od jakiegoś czasu rozglądam się za autkiem, żebym w końcu mogła być niezależna. Byliśmy dziś oglądać jedno auto... brak słów! Auto w stanie tragicznym, na szczęście wiedzieliśmy co sprawdzać, bo tak nawet byśmy nie wiedzieli, że tyle w nim usterek... a kobieta, która próbowała nam je wcisnąć... porażka... aż mi jej potem żal było. No nic będziemy szukać dalej, aż coś fajnego znajdziemy. 
I na naszym parapecie zamieszkały wczoraj trzy małe kaktusiki:) ciekawe czy wytrwają ze mną:P niby Em. ma się nimi "opiekować", bo to on chciał, no ale zobaczymy, bo ja ręki do kwiatów niestety nie mam - albo zasuszę albo przeleję. Niby to kaktus, ale ja zdolna jestem. 

środa, 11 grudnia 2013

Po marudzę sobie.

Dopadła mnie jesienno-zimowa chandra. Generalnie wstałam dziś lewą nogą w złym humorze i czuję się tak jak dzisiejsza pogoda za oknem. I ogólnie zbliża mi się @ więc chyba dalej wyjaśniać nic nie muszę. 

Czekam na święta, jak nigdy! Marzę, że sobie odpocznę choć trochę, że będę mogła poleniuchować i pobyć z Em. i w pełni się Nim nacieszyć. Bo ostatnio się mijamy, nie  mamy czasu żeby usiąść i tak po prostu pobyć razem. W tym tygodniu mam ręce pełne roboty, bo odrabiam zajęcia z zeszłego tygodnia, więc od poniedziałku do piątku na pełnych obrotach i w weekend mam zajęcia, a nawet nie mam czasu się uczyć. A tu i zaliczenie i tłumaczenie trzeba zrobić i pytam się kiedy to wszystko ogarnę? A no jakoś ogarnę, ale po marudzić trochę muszę. Więc czekam na święta, odliczam dni. Czuję, że w tym roku jakoś tak duchowo bardziej czuję te święta. Być może przez to, że zaczęliśmy chodzić do kościoła i te coniedzielne msze tak na mnie działają? Kiedyś nie wynosiłam nic z obecności w kościele, teraz wsłuchuję się w słowa ewangelii i kazania, rozmyślam. Myślę, że po prostu teraz w końcu dojrzałam do tego by w pełni uczestniczyć we mszy i po raz pierwszy od kilku lat czuję potrzebę pójścia do spowiedzi. Wiara jest sprawą indywidualną, tak jak to, czy chodzimy do kościoła czy nie. Po prostu poczułam potrzebę podzielenia się z Wami tym, co czuję, a czuję, że wiele się we mnie mieniło od strony duchowej, oczywiście w pozytywnym sensie. Dodatkowo, chodzimy na nauki przedmałżeńskie, zostały Nam jeszcze dwa spotkania do końca. Powiem tak, że niektóre rzeczy faktycznie dają do myślenia, ale z niektórymi poglądami wygłaszanymi przez różne osoby absolutnie się nie zgadzam, tak jak z antykoncepcją. Tu też wszystko jest sprawą indywidualną, każdy ma prawo do własnego zdania, własnych wyborów i po prostu w tej kwestii mam inne zdanie i mam do tego pełne prawo. Tak jak słucham niektórych rzeczy, czuję, że marnujemy Nasz czas, i takie samo zdanie ma większość osób na kursie, bo niektóre rzeczy są tak oczywiste, a poza tym jak przychodzi dziewczyna w moim wieku i prowadzi wykład jak wychowywać dzieci... no proszę Was.. Tak na prawdę tylko z jednej katechezy coś wyniosłam, dała mi do myślenia, a reszta to suche fakty, z którymi absolutnie się nie zgadzam, albo po prostu są oczywiste. 

Od rana jestem u rodziców i prawdopodobnie zostanę do piątku, bo mam zajęcia do późnego popołudnia i nawet nie mam jak wrócić do siebie. Jak już nie wytrzymam to wezmę auto od taty i pojadę, ale tu jest problem, że żeby u nas zaparkować po godzinie 15 to graniczy z cudem... ale najwyżej postawię na płatnym strzeżonym parkingu i tyle. Jestem rozdarta przez to, że muszę zostawać u rodziców, bo wiem, ile u siebie mam do zrobienia i wszędzie dobrze, ale w domu przecież najlepiej. A jak jadę do rodziców, to dużo muszę ze sobą zabrać a i tak wszystkiego nie jestem w stanie. Więc dzisiaj pewnie zostaję u rodziców, może usiądę i się pouczę, ale znając moje szczęście, to dostanę okres i pójdę spać. Wiem, maruda dziś jestem, ale czasem każdy ma do tego prawo.


sobota, 7 grudnia 2013

Prezenty i inne.

Pieprzony Ksawery wywołał u nas wczoraj armagedon. Co chwile burze śnieżne, momentami świata nie było widać. Dziś od rana słonecznie i wietrznie, mam nadzieję, że pogoda się poprawi, bo już po jednym dniu mam dość takiej zimy. 
Wczoraj miałam wizytę kontrolną u lekarza, jak wyszłam rano z domu i zobaczyłam te oblodzone chodniki to chciałam się cofnąć z powrotem. Tak jak myślałam, mam blokadę po zeszłorocznym wypadku i na widok oblodzonych chodników dostaję dreszczy. Jakoś udało mi się dotrzeć na wizytę, wparowałam do przychodni w ostatniej chwili. I jak zawsze po badaniu ginekologicznym, wyszłam cała obolała. No nie lubię tego, ale jak trzeba to trzeba, na szczęście tylko raz w roku. 
W czwartek naszło mnie na pieczenie, miały być pierniczki, ale upiekłam cynamonowe ciasteczka i jak na pierwszy raz to mi się udały:) i pierwszy raz wyszły miękkie! Bo ciasto podobne jak na pierniczki, a zawsze wychodziły mi twarde i chrupiące, a teraz miękkie:) więc z wypieków jestem zadowolona. Teraz pora na pierniczki, może w weekend się uda upiec pierwszą turę, która pewnie i tak świąt nie doczeka, bo Em. wcina, aż mu się uszy trzęsą. A mi się serce raduje, bo znaczy, że smakują:) Po cynamonowych ciasteczkach praktycznie zostało tylko wspomnienie. 
W środę wieczorem dostaliśmy wiadomość, że na świat przyszła Pola:) moja kolejna mała kuzynka. Już u Nas jest dwójka takich maluchów, Jaś i Gabi, którzy mają 3 latka... wiekowo to jestem dla nich prawie jak ciocia:) teraz z całego kuzynostwa to ja jestem cały czas najstarsza, a Pola najmłodsza, łącznie jest nas siedmioro, więc dziadkowie mają całkiem sporą gromadkę wnuków, bo przez długi czas była tylko czwórka. Teraz to już chyba czas na moje własne maluszki, bo już raczej się nie zapowiada więcej maluchów u nas w najbliższym czasie, chociaż nigdy nic do końca nie wiadomo:)
Wczoraj były Mikołajki, Ksawery popsuł nam trochę plany, bo gdyby nie on, to Em. byłby w domku dużo wcześniej i moglibyśmy trochę poświętować, ale cóż, mówi się trudno. Usiadłam wczoraj i myślałam nad prezentami gwiazdkowymi i jestem całkiem zadowolona, bo dla każdego już mam pomysł. Jak dobrze pójdzie, to dziś zamierzam kupić niektóre z nich. Dla mamy książka klik i spieniacz do mleka klik. Dla brata słuchawki, które ma sobie sam wybrać a ja od niego dostanę podkładki klik. Tacie kupujemy brakujące filmy do pełnej serii Gwiezdnych Wojen, bo brakują mu części 1-3, a to mógłby oglądać w nieskończoność. No i najważniejsze, dla mojego Em. na pewno książka klik i coś jeszcze do tego, ale to już nie będzie problemem. Największy problem stanowił tata, bo z nim zawsze wszyscy mają największy problem i nigdy nie wiadomo, co by mu się przydało. Myślę, że każdy z prezentów będzie zadowolony:)
Coraz bliżej święta... trzeba się wybrać po żywą choinkę, niech już pachnie u Nas świętami:) Miłego weekendu!

czwartek, 5 grudnia 2013

Chmury u nas od wczoraj śniegowe, ale śnieg padać nie chce. Za to chce się spać cały dzień, jak tak szaro za oknem. Dziś czuję się już lepiej, na szczęście przeziębienie odpuszcza... mam tylko nadzieję, że Em. nie zdążył się zarazić, bo dziś rano coś mi kaszlał.
We wtorek wstaliśmy z samego rana i pojechaliśmy do notariusza. Trochę to trwało, ale wyszliśmy z podpisanym aktem notarialnym, więc można powiedzieć, że jedną nogą stoimy już w Naszych czterech ścianach. Po wizycie w kancelarii podjechaliśmy po dokumenty potrzebne do kredytu, więc w najbliższym czasie ruszymy z całą tą papierkową formalnością, żeby złożyć w banku wniosek o kredyt. Zdolność kredytową pani w banku Nam potwierdziła, więc mam nadzieję, że problemów żadnych robić teraz nie będzie. 
Udało mi się przed pracą odwiedzić lekarza rodzinnego. Obejrzał gardło, oczywiście miał zastrzeżenia co do wielkości moich migdałów, ale ostatecznie nic szczególnego nie powiedział. Zapisał antybiotyk i kilka innych lekarstw i na tym się skończyło. W zasadzie to dłużej czekałam w kolejce przed gabinetem niż trwała cała wizyta. W aptece antybiotyku nie mieli, więc zamówiłam i do odbioru ma być dziś, choć się zastanawiam, czy jest sens go kupować, skoro czuję się już lepiej, a u mnie kuracja antybiotykowa zawsze kończy się jakimś niemiłym zakażeniem lub zapaleniem dróg moczowych pomimo, że biorę zawsze florę bakteryjną. Więc sama nie wiem, czy brać, czy zrezygnować.
Po wizycie od lekarza Em. podwiózł mnie do pracy. I to był błąd, bo trzech godzinach mówienia, myślałam, że umrę, nie dość, że od tego światła sztucznego łzawiły mi oczy to gardło sobie tak nadwyrężyłam, że ledwo pod koniec mówiłam. I tak odwołałam dwa kolejne zajęcia, bo już bym nie dała rady. Automatycznie środę i czwartek wzięłam wolne w pracy i zajęcia z tych dni odrobię po prostu w innym terminie, chociaż tak się udało z szefową załatwić, bo ta od razu przeżywała, że może jednak dam radę, bo potem będę musiała to odrobić... ale się postawiłam, że męczyć się nie będę, biorę wolne i tyle. 
Po pracy Em. mnie odebrał i pojechaliśmy na drugie spotkanie do kościoła na nauki przedmałżeńskie. Dwa spotkania za Nami, cztery przed Nami, bo łącznie jest ich 6 i całość trwa 3 tygodnie, tak więc jeszcze przed świętami, będziemy już po. 
Ponieważ we wtorek mieliśmy trochę do załatwienia, Em. wziął w pracy wolne, ale wieczorem już telefon dzwonił, czy pojechałby na noc w trasę po towar pod Warszawę. Po krótkiej wymianie spojrzeń, Em. powiedział, że jedziemy. Wahałam się, myślałam, że może zostanę w domu, bo nie wiedziałam jak będę się czuła, ale dobrze, że pojechałam, bo pilnowałam Em. całą noc, żeby nie zasnął jadąc, a w domu bym się zamartwiała. Więc jak wróciliśmy wczoraj do domu po południu, to tylko prysznic i spać. Em. był już tak padnięty, że minuta i go nie było. A dziś znów do pracy i pewnie wróci późnym popołudniem. 
A ja dziś odpoczywam, choć tak jak pisałam, już czuję się lepiej, głowa na szczęście nie boli, więc można już jakoś funkcjonować. Planów żadnych nie mam, chcę trochę odpocząć, bo od przyszłego tygodnia już normalnie do pracy i znów trzeba będzie przyśpieszyć. 
Święta coraz bliżej, jutro mikołajki, i tak za mną chodzi, żeby już upiec pierwsze pierniczki:) No zobaczymy jak się będę czuła, to może po południu podjadę po zakupy i jutro będę piec:) 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Grudniowo i chorobowo.

Grudzień powitałam z zawalonymi migdałami, zapchanym nosem i pękającą głową. Za dużo się chwaliłam, że w tym roku nie byłam jeszcze chora, no to mam za swoje. Od kilku dni mam namiętny romans z malinową herbatą, chusteczkami i lekarstwami. Martwię się, że nic mi nie pomaga, ani na gardło, ani na katar, więc chyba wizyta u lekarza nieunikniona, tyle że nie mogę sobie pozwolić na żadne L4, bo nie będę miała kiedy tych wszystkich zajęć odrobić.

Odpuściłam sobie cały weekend na uczelni i nie poszłam na zajęcia. Dziwi mnie tylko to, że nikt się nie zainteresował moją nieobecnością, tak jakoś smutno się zrobiło, zwłaszcza, że w grupie są dziewczyny, które znam już dłużej i mamy powiedziałabym relacje więcej niż koleżeńskie, ale jak widać znów się przeliczyłam. Przyjaciół poznaje się w biedzie, a więc zostałam z Em., który dzielnie znosi moje marudzenie. 

Dzisiaj siedzę w domku i nawet nosa za drzwi nie mam zamiaru wystawiać. Ponoć zimno i strasznie ślisko dziś u Nas. Martwię się jak zwykle o Em., bo jak takie warunki na drodze, to musi jechać ostrożniej, obiecał, że będzie, no ale ja i tak się martwię, bo nie zawsze wszystko od nas samych zależy. 
W planach na dziś małe porządki, muszę przygotować zajęcia na jutro, bo jutro od rana jedziemy do notariusza i potem Em. mnie prosto do pracy zawiezie więc nie będzie czasu. No i wieczorkiem jeszcze wybieramy się do kościoła, dziś pierwsze spotkanie, czyli zaczynamy nauki przedmałżeńskie.

Mam nadzieję, że obejdzie się bez wizyty u lekarza, w co jednak wątpię... nie wiem jak dociągnę do końca tygodnia, jak to dopiero początek, bo już mam dość. Na moje nieszczęście, lekarza rodzinnego nie mam na miejscu, więc może jutro, jak pojadę do pracy, to może uda się przed pracą 

piątek, 29 listopada 2013

Mieszkaniowo i nie tylko...

Pytam się czy ten czas musi tak pędzić? Kładę się spać  poniedziałek, a kiedy wstaję to już jest piątek. Dosłownie tak uciekają mi dni, aż mnie to przeraża, bo jest tyle spraw do załatwienia. 
W sklepach już świątecznie na całego, choinki, bombki i inne cuda, a do tego kolędy już puszczają... i przypominają mi, że czas myśleć o prezentach! Jak zawsze największy problem będę miała z tatą. Jemu to już na prawdę nie wiadomo co kupić... brat pewnie coś podrzuci, co by chciał... dla mamy mam już upatrzoną kolejną książkę kucharską do kolekcji, kiedyś napomknęła, że by ją chciała no i dla mojego Em. obowiązkowo książka, bo je uwielbia i pewnie coś do tego jeszcze znajdę. To będą Nasze pierwsze takie prawdziwie wspólne święta, bo Em. na Wigilii będzie u Nas. W dodatku to już będzie Nasza druga rocznica zaręczyn. Ten czas faktycznie gna! I w grudniu dołączy do naszej rodziny kolejna mała istotka, która już się niecierpliwi i na świat chce przyjść:) moja kolejna malutka kuzynka, Pola:) swoją drogą miała być Matylda, ale Pola jeszcze bardziej mi się podoba:) 
Wspominałam ostatnio Wam o mieszkaniu. Już od jakiegoś czasu się rozglądaliśmy, rozmawialiśmy o naszych własnych czterech kątach i nagle się znalazło, takie idealne dla Nas. Nigdy nie rozważałam powrotu w rodzinne kąty a tu masz, wracamy. Miasto już dawno przestało mi się podobać, zaczęłam tęsknić za wsią, za spokojem... no to teraz będę ją miała na wyciągnięcie ręki... W moim rodzinnym miasteczku, powstaje sporo nowych inwestycji... między innymi Nasze osiedle. Pierwsza klatka będzie oddana jeszcze w tym roku, nasza, druga, za rok w grudniu. Posprawdzaliśmy, porozmawialiśmy z rodzicami i moi zaproponowali, że dołączą się z nami do kredytu, żeby było nam łatwiej i wczoraj w końcu dostaliśmy odpowiedź z banku, że dostaniemy ten kredyt. Ale co się nadenerwowałam, to moje. We wtorek jedziemy do notariusza podpisać umowę kupna mieszkania, potem będziemy dopełniać formalności związane z kredytem. Ale tak mi się to wszystko zbyt piękne wydaje, by mogło być prawdziwe... 
W pracy, jak to w pracy, zabiegana jestem, z jednych zajęć na drugie, to tu, to tam. I może właśnie to lepiej, że czas mi tak pędzi? Przynajmniej szybko mija czas w pracy... choć pracę moją lubię, bo to jest to, do czego jestem stworzona, żeby uczyć:)  
I kolejny weekend spędzę na uczelni, oddaję dziś poprawiony pierwszy rozdział mojej pracy mgr. Jestem ciekawa co na to szanowna pani promotor. Lubi utrudniać nam życie, więc wszystkiego można się spodziewać. 
Chciałam się dziś zrelaksować po całym tygodniu i jak co piątek nałożyłam sobie na twarz maseczkę odstresowującą z Ziai, chyba jedna z nielicznych firm, której kosmetyki mnie nie uczulają i nie powodują wysypu pryszczy, a tu psikus! Patrzę w lustro a tu bordowe plamy na twarzy! Szybko po wapno do apteki i już pomału schodzi... ale ani nie szczypało, ani nie piekło... nic... dobrze, że w lustro spojrzałam. A używam tej maseczki już kilka lat, a tu taka niemiła niespodzianka. Wapno podziałało i całe szczęście, bo bym chyba została dziś w domu. 
Miłego, spokojnego weekendu:)!

poniedziałek, 25 listopada 2013

Imieninowo :)

Miało być wcześniej, ale ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu. Nawet jak już mam chwilę, to zawsze znajdzie się coś z listy tych mniej pilnych rzeczy.
Wczoraj po raz pierwszy sypał u nas śnieg. Choć dziś już śladu nie ma, to i tak zimowo, bo zimno jak nie wiem. Choć za oknem bezchmurne niebo i słońce, ale mroźny wiatr. Tak mi dobrze, siedzę sobie w cieplutkim pokoju, wcinam czekoladki i za oknem słońce:) takie imieniny to ja mogę mieć:) i jeszcze sobie zażyczyłam ulubione orzeszki m&m'sy więc dziś uczta:)
Wczoraj mieliśmy rodzinne spotkanie, mama zrobiła przyjęcie imieninowo-urodzinowe naszej czwórki. Wczoraj od rana piekłam ciasta, goście docenili, więc miło było:) Dostałam śliczny świecznik, cytrusowy balsam do ciała i szkatułkę od chrzestnej - ona wie co lubię:) 
A dziś mam standardowo dzień wolny, nigdzie się śpieszyć nie muszę, właściwie to nic nie muszę:) ale obiecałam sobie, że spróbuję poprawić pierwszy rozdział pracy mgr, to może łatwiej będzie niedługo ruszyć z drugim...
A po południu mam nadzieję, że uda mi się Em. wyciągnąć na dobre ciacho na Stary Rynek:) w końcu trochę mi się od życia należy w moje imieniny, zwłaszcza, że w urodziny byłam w pracy i nie miałam czasu świętować.
A o to moje skarby:) 




poniedziałek, 18 listopada 2013

O zakupach i nie tylko...

Zrobiłam sobie w piątek dzień lenia, a co, raz kiedyś można.  Nie poszłam na wykład i nawet nie było mi z tego powodu specjalnie przykro, tym bardziej, że nic nie straciłam. Nawet nie byłabym w stanie pójść, bo dostałam @ i czułam się fatalnie. Nie mam pojęcia od czego to zależy, biorę hormony, więc i krwawienie i ból powinny być zminimalizowane, a tu raz tak, że nic nie czuję, a drugim razem jestem cała połamana. Dopiero po południu poczułam się lepiej i wzięłam się za naukę słówek.

Sobotę spędziłam kilka godzin na uczelni, test był dość łatwy, więc nie powinno być żadnego problemu z zaliczeniem. Po południu wyciągnęłam Em. na zakupy, bo moja szafa już błagała o nowe rzeczy. Już zapomniałam jak to jest chodzić po centrum handlowym, odwiedzać sklepy, oglądać ciuchy, kupować. I zaczęłam się nawet zastanawiać i doszłam do wniosku, że to były nasze pierwsze takie zakupy odkąd jesteśmy razem:) zawsze tylko spożywcze robimy wspólnie, albo jak Em. trzeba coś kupić i zazwyczaj trwa to krócej. A tu spędziliśmy całe popołudnie i szczerze mówiąc już nam nogi do tyłków wchodziły. Na szczęście udało mi się odświeżyć moją garderobę, bo pustki takie były, że momentami nie miałam już co na siebie zakładać, a tak, na jakiś czas wystarczy, a potem będę sobie sukcesywnie wymieniać te stare, znoszone rzeczy na nowe.

Niedziela minęła nam tak szybko, że nawet sama nie wiem kiedy. Od rana udało mi się posprzątać częściowo mieszkanie, potem do kościoła, w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Ikeę, ale nic nie kupiliśmy takie kolejki były. Wróciliśmy do domu, chwila na przebranie i trzeba było jechać na urodzinki Gabi. To byłoby nawet miłe popołudnie, gdyby nie fakt, że znów źle się czułam. Było mi gorąco, aż czułam, że mnie pali od środka, szczególnie twarz, bo jak włączyli ogrzewanie to momentalnie zrobiła się duchota i do tego rozbolał mnie brzuch, więc czułam się jakbym miała się przewrócić. Ale co się naczytałam bajek maluchom, to się naczytałam:) Wróciliśmy do domu pod wieczór, obejrzeliśmy zaległy serial i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

Dzisiaj od rana kończę porządki coś skończyć nie mogę. A to zamawiałam książki, potem miałam rozmowę telefoniczną z szefową, która znów wymyśla, a teraz sobie usiadłam na chwilę i zaraz lecę dalej, pranie rozwiesić, dokończyć porządki i zrobić obiadek.
Dziś makaron z łososiem i szpinakiem:)

środa, 13 listopada 2013

O tym i o tamtym.

Wczoraj miałam namiastkę słońca, piękny był dzień, choć chłodny. I to nic, że spędziłam dzień w pracy, ale w końcu poczułam się lepiej. Niestety dziś, znów deszczowo i znów sobie ponarzekam. Nie lubię jesieni, deszczu, mgły i szaro burego nieba. Więc i ja odliczam do wiosny!

Pędzą dni jak oszalałe, w sklepach już od jakiegoś czasu świąteczne wystawy i dekoracje, a więc i  święta zbliżają się wielkimi krokami. Powoli trzeba będzie myśleć o prezentach i odłożyć trochę pieniążków w kieszeń. Czuję, że to będą piękne święta, bo pierwsze wspólnie spędzone, Wigilię spędzimy razem u moich rodziców, no i kolejna rocznica Naszych zaręczyn:) Już czuję zapach moich pierniczków, w tym roku będzie produkcja hurtowa:) zaopatrzyłam się już w swoje własne foremki:) no i to by było na tyle jeśli chodzi o czas zimowy, bo poza świętami, zimy nie cierpię odkąd miałam ten felerny wypadek. Na pewno wrócą wspomnienia, wszystko, co przeżywałam w związku z wypadkiem jak tylko spadnie śnieg i zrobi się ślisko. Tego się boję, lęku.

Dyskretnie wrzuciłam linka na fb z rozkładem mieszkania, ale nikt się chyba nie zorientował:) Tak, przed nami ważna decyzja do podjęcia, bo chcemy kupić mieszkanie. Na razie tylko tyle, bo póki co, jeszcze dużo myślimy, ale wszystko powinno się dosyć szybko wyjaśnić, bo mieszkanie zostało ostatnie i trzeba się szybko decydować. Zobaczymy.

Przede mną weekend na uczelni i pierwsze zaliczenie w tym semestrze. Od rana produkcja fiszek ze słówkami szła pełną parą, więc teraz tylko siąść i się pouczyć. Zrobili nam wczoraj niespodziankę, bo okazało się, że odwołali nam zajęcia w niedzielę, tak więc mamy tylko dwa dni.

W niedzielę idziemy na urodziny do małej Gabrysi, kończy 3 latka - jak ten czas leci! Dawno jej już nie widziałam, chyba ostatni raz w wakacje... ponoć strasznie urosła i włosy ma już prawie do pasa! Moja mała dziewczynka:) Pytała ostatnio o mnie moją mamę "Gdzie moja Kasia?", zawsze mi się cieplutko na serduchu robi, jak słyszę, że o mnie pyta. Kiedyś była do mnie bardzo przywiązana, bo spędzałyśmy razem mnóstwo czasu, cieszę się, że będzie okazja bym mogła ją zobaczyć i wyściskać:) Więc musimy rozejrzeć się za jakimś prezentem dla małej, ponoć zażyczyła sobie, uwaga, budzik! Koniecznie musi mieć budzik, żeby ją rano budził:) Zobaczymy, może uda nam się znaleźć coś fajnego:)

Dziś zawiozłam rano Em. do pracy, więc mam auto i spokojnie sobie pojadę na zajęcia, a po pracy odbiorę Em. po drodze. Gdybym miała dziś w tym deszczu znów jechać autobusem czy pociągiem i tułać się przez całe miasto pieszo, to chyba miałabym dość. Szybki prysznic, spakować się i pora jechać do pracy. 

piątek, 8 listopada 2013

Ciągle pada...

Nie lubię listopada właśnie za to, jaka jest pogoda za oknem. Pada od soboty, jest szaro-buro i zimno. Nie mam już siły na kolejny deszczowy weekend. 
W końcu dziś wyspałam się w swoim łóżku i mogę chodzić w piżamie do południa:) lubię takie dni. Oczywiście jest milion ważnych spraw, ale jakoś nie mam na nie dziś mocy. Pierwszy rozdział leży gdzieś na półce i woła by go poprawić i wysłać promotorce, gdzieś tam z kąta woła mnie tłumaczenie i lista słówek na zaliczenie, ale jakoś jestem dziś poza tym wszystkim. 
Nie jedna z Was zauważyła, że sporo się u Nas dzieje. To prawda, ale już chyba przywykłam. Nie potrafię ogarnąć tego chaosu, zwolnić. Chciałam gdzieś wyciągnąć Em., korzystając, że znów mamy dłuższy weekend, ale tylko na planach się skończyło. Miałam już w środę rezerwować nam przytulny hotel pod Warszawą, ale szefowa nie wyrobiła się z rozliczeniem i tym samym wypłatę dostanę w przyszłym tygodniu. No nic, płakać nie będę, może jakoś inaczej uda nam się urozmaicić ten weekend. 
Coś generalnie jestem ostatnio nie w humorze... pogoda daje się we znaki a i @ się zbliża. Czasami ciężko mi samej ze sobą.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Po raz pierwszy muszę stwierdzić, że cieszę się, że weekend się skończył. Mieliśmy tak męczącą pogodę, że szkoda gadać. Padało całe dwa dni, ani wyjść na spacer, cały czas spać się chciało. Radość moja była ogromna kiedy dziś po przebudzeniu zobaczyłam słonko za oknem i mam nadzieję, że tak będzie przez cały dzień:)
W zeszły poniedziałek padło nam auto, więc zostałam bez środka transportu do pracy. Nie ukrywam, że to znacznie utrudniło mi życie, no ale za dobrze cały czas być nie może. We wtorek udało nam się tak dopasować, że zawiozłam Em. do pracy i wracając Go odebrałam. W środę musiałam już jechać pociągiem i stwierdziłam, że się nie zaprzyjaźnimy. Zmarnowałam praktycznie cały dzień, a mało brakowało a bym nie dojechała. Kupiłam obie bilet na pkp i 15 minut przed odjazdem pociągu, zorientowałam się, że mam nie ten bilet co trzeba. Popędziłam więc z powrotem do kas żeby wymienić bilet a tam gigantyczna kolejka! Całe szczęście zdążyłam, bo tak nie wiem co bym zrobiła. Jak dotarłam wieczorem do domu, myślałam, że nogi mi z tyłka wyjdą, tak się na biegałam w tym dniu. Na szczęście udało mi się przełożyć czwartkowe zajęcia, co prawda z powodu planowanego wyjazdu, ale ostatecznie bardzo ułatwiło mi to życie.
Mieliśmy jechać na święta do rodziny Em., ale teściowa w ostatniej chwili wyjazd odwołała. No tak cała ona! Człowiek coś sobie zaplanuje, ustawi wszystko tak, by było dobrze, a ta zaczyna wymyślać. No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zła byłam jedynie, że się nastawiłam na ten wyjazd a ta wszystko popsuła.
Zostałam z wolnym czwartkiem, więc długo się nie zastanawiałam i pojechałam z Em. w trasę do Warszawy. Miała być fajna wycieczka, a tak żeśmy się nadenerwowali, że głowa mała. Ludzie potrafią tak wszystko utrudniać i komplikować... w pewnym momencie zostałam sama gdzieś w Warszawie, bo okazało się, że nie mogę wjechać do Pałacu Prezydenckiego i musiałam wysiąść. Kompletnie nie wiedziałam co mam z sobą zrobić, tym bardziej, że w Warszawie nigdy nie byłam, więc kompletnie nie miałam orientacji w terenie. Dopadł mnie kryzys, ale na szczęście przetrwałam! W domu byliśmy dopiero grubo po północy, tak nam się wszystko przeciągnęło. 
Następnego dnia wstaliśmy troszkę później i po śniadaniu pojechaliśmy na grób mojej babci i dziadka. Ani się obejrzeliśmy a ponad połowa dnia była za Nami. Pod wieczór pojechaliśmy na chwilę do rodziców, zaliczyliśmy też wieczorny spacer na cmentarzu i zapaliliśmy lampki na pozostałych grobach. Sobota minęła Nam bardzo leniwie, udało nam się wyskoczyć na małe zakupy jak Em. wrócił z pracy i pozostałą część dnia spędziliśmy w domu. W niedzielę moi rodzice zaprosili Nas na obiad. Przy okazji wsiadłam z ojcem w auto by zobaczyć co i jak, bo teraz będę jechała do rodziców i od rodziców do pracy będę jeździła ich autem. Powiem szczerze, że miałam duże obawy, bo to kombi jest, lepsze auto, mocniejszy silnik, ale auto jak auto, wielkiej różnicy nie ma:) Tylko mankament taki, że całe trzy dni będę musiała u rodziców siedzieć, co już mi się mniej podoba :( Po południu pojechaliśmy jeszcze na chwilę do teściów i do domku. 
Dziś Em. w pracy, a ja mam trochę wolnego, więc korzystam i umówiłam się z koleżanką na ploty, bo dawno się nie widziałyśmy a i ja ostatnio nie miałam czasu nigdzie wychodzić. A po południe spędzę przygotowując się do jutrzejszych zajęć. No jakoś to będzie. Musi. 

poniedziałek, 28 października 2013

Lubię takie dni jak dziś:) kiedyś wyznawałam teorię 'nie lubię poniedziałków', od jakiegoś czasu nawet je polubiłam, bo jest to dla mnie dzień wolny. Szczególnie dziś, siedzę sobie w piżamie i nigdzie mi się nie śpieszy, nie ma żadnych rzeczy pilnych, którymi muszę się zająć - żyć nie umierać:) 
Weekend na uczelni jakoś minął, choć nerwów było sporo. Począwszy od faktu, iż miałam kryzys i tam gdzie siadłam, tam bym mogła spać skończywszy na promotorce, która znowu miała wielkie 'ale' do mojego rozdziału i zasugerowała całkowitą zmianę tematu jak i nowy rozdział. Głupie babsko i tyle, nie zamierzam się poddawać i będę się bronić rękoma i nogami. 
W sobotę w końcu udało nam się spotkać z księdzem, zapisał sobie termin naszego ślubu i kazał się zjawić w czerwcu z dokumentami:) Tak więc na dzień dzisiejszy najważniejsze mamy już uzgodnione. W grudniu idziemy na nauki przedmałżeńskie a w między czasie musimy jeszcze znaleźć fotografa i pomału rozglądać się za moją sukienką:)
Mamy końcówkę października a więc wielkimi krokami zbliża się listopad i święto zmarłych. W tym roku jedziemy z rodzicami Em. do ich rodzinki za Warszawę. Bardzo się cieszę, bo byłam tam dopiero raz a bardzo chętnie odwiedzę ich ponownie. I będzie okazja by osobiście powiedzieć o ślubie i wstępnie ich zaprosić:) A w związku z naszym wyjazdem, który już w czwartek, muszę w tygodniu po pracy podjechać na moje rodzinne groby, zapalić lampki i pomodlić się. 
Wczoraj wygrzebałam moje sznurkowe bransoletki, oj już nie pamiętam kiedy ostatni raz cokolwiek stworzyłam:) postanowiłam zrobić małą wyprzedaż tego, co mi zostało i nie mogłam się powstrzymać by nie zamówić kolejnych sznurków i zawieszek:) Czy któraś z Was lubi takie sznurkowe bransoletki (takie jak Lilou)? Ja je wprost uwielbiam, a co w nich najlepsze, że samemu można od podstaw stworzyć taką bransoletkę, nadać jej unikalny charakter i małe prawdopodobieństwo by ktoś miał taką samą. A że te z Lilou kosztują majątek, sama zaczęłam takie robić:) Gdybyście miały ochotę przygarnąć taką bransoletkę, chętnie pokażę Wam zdjęcia:)
A teraz zmykam się troszkę ogarnąć, bo ileż można w piżamie paradować:) Miłego dnia!

piątek, 25 października 2013

Ostatnio mamy piękną, cieplutką jesień... i od razu humor lepszy i żyć się chce. Choć ciekawa jestem jak długo, bo już słyszałam, że pogoda ma się niebawem popsuć :( 
Weekend spędzam na uczelni, dziś po południu zaczynam zajęcia i oddaję już gotowy pierwszy rozdział pracy do sprawdzenia. Jutro na szczęście zajęcia mam tylko do południa, więc wybieramy się do teściów i do księdza. I w niedzielę mam jeden bezsensowny wykład w połowie dnia, więc ani sobie nic nie zaplanujemy. 
Kolejny tydzień minął mi intensywnie i szybko, na szczęście już po @ więc i humor lepszy i hormony się troszkę uspokoiły. Swoją drogą wypadałoby się umówić na wizytę i przejść się po kolejną receptę, bo zaczęłam ostatnie opakowanie tabletek. 
Widzę, że sporo osób mi tutaj pisze, że jeszcze nie mamy daty ślubu. Mamy datę ślubu, już od dawna, już część rzeczy mamy załatwionych właśnie na ten jeden jedyny dzień - odsyłam do zakładki ślubnej :) A to, że jeszcze nie byliśmy u księdza, nie znaczy, że tej daty nie ma. Jest. Swoją drogą, mam nadzieję, że proboszcz już wrócił i jutro go zastaniemy. 



niedziela, 20 października 2013

Pod górkę.

Pojechaliśmy w sobotę na mszę do parafii Em., żeby po mszy spotkać się z proboszczem i zaklepać sobie termin ślubu. Dlaczego wcześniej nie wzięłam tej opcji pod uwagę? Kościół jest przepiękny! Mały, drewniany kościółek, w środku przytulnie, kameralnie, czyli tak, jak byśmy chcieli:) Zaczęła się msza i byliśmy pozytywnie zaskoczeni księdzem, całe poprowadzenie mszy, jego podejście do parafian, czułam, że w końcu jesteśmy we właściwym miejscu. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że to nie jest proboszcz a ksiądz w zastępstwie :( No cóż, drugie podejście zrobimy w przyszły weekend, mam nadzieję, że do tego czasu właściwy ksiądz wróci i będziemy mogli zaklepać sobie 'nasz dzień'. 
Dostałam @ i hormony dają mi się we znaki. Nawet Em. zauważył, że jestem jakaś rozbita, przygnębiona, nieswoja. No tak, czuję się nie najlepiej. Mam nadzieję, że to szybko minie, bo w te dni ciężko mi samej ze sobą wytrzymać. 
Choć najbardziej przygnębia mnie kwestia mojej magisterki... Już dawno powinnam skończyć pierwszy rozdział, a tu dupa. Brakuje mi materiałów, stoję w miejscu. Dwa dni szukałam materiałów i nic. Nie chcę znów zmieniać koncepcji, chcę to wreszcie skończyć. Normalnie zostawiłabym to w spokoju na kilka dni, poczekała na przypływ energii i motywacji, ale Nasza promotorka narzuciła takie tempo, że nie sposób ze spokojem to ogarnąć. W piątek mamy oddać drugi rozdział, to jakiś absurd! Nie wiem kiedy i jak skończę pierwszy rozdział, ale na pewno nie oddam jej drugiego w piątek, bo mało realne bym zaczęła go pisać. 
I nie mam weny by pisać dziś o czymkolwiek innym, nie umiem. 
Idę wtulić się w moje 36,6, to chyba jedyne najlepsze rozwiązanie na chwilę obecną.

środa, 16 października 2013

Lubię jesień, ale nie jak pada i jest zimno... aż się nie chce nosa z domu wystawić. A taką właśnie pogodę mamy dziś za oknem. Wczoraj było pięknie, słonecznie a dziś taka zmiana. Szczególnie nie lubię jeździć autem w taką pogodę, ale cóż zrobić. 
W pracy wszystko się układa. Byłam wczoraj na pierwszym spotkaniu u znajomej mojej szefowej. Ma dwójkę dzieci, dziewczynkę 3 latka i chłopca 6 lat. Będę do nich chodziła dwa razy w tygodniu, więc dodatkowy pieniądz będzie:) a dzieci są rewelacyjne, szczególnie mała, więc na pewno będą to miłe zajęcia. Dodatkowo mam jeszcze trzy dziewczynki prywatnie, które przychodzą do domu, do moich rodziców, więc i tu mam dodatkowe pieniążki. 
Przemyślałam sobie wszystko, przeliczyłam i stwierdziłam, że nie ma co patrzeć na dojazdy i żałować na paliwo, jak mogę wrócić do domu i spać spokojnie. Najbardziej męczyły mnie właśnie te dojazdy, jechałam do pracy i zostawałam u rodziców. Pewnie, fajne rozwiązanie, bo zaoszczędziłabym na paliwie, ale nie takim kosztem. Odkąd wyprowadziłam się z domu, powoli wszystkie moje rzeczy zniknęły z pokoju, nawet moje łóżko. Nic więc dziwnego, że jak jechałam do rodziców czułam się 'obco'. Nie miałam własnego konta, spałam na rozkładanej kanapie w salonie, albo u brata na łóżku. I co więcej każda noc była męczarnią, budziłam się zawsze po kilkanaście razy, wstawałam niewyspana. Oliwy do ognia dodawała też moja mama, nigdy się nie dogadywałyśmy, a teraz kompletnie się odzwyczaiłam od tego i jest jeszcze więcej kłótni. Po dniu spędzonym u rodziców zawsze byłam rozdrażniona, przybita i strasznie tęskniłam za powrotem do siebie. Więc stwierdziłam, że nie ma sensu się tak męczyć. Em. narzeka, że dużo wydam na paliwo, ale cały czas staram się go przekonać, że dam radę a przynajmniej męczyć się nie będę. No niestety sytuacja jest jaka jest, więc u rodziców będę zostawać tylko czasami. Nie wiem co zrobię, jak przyjdzie zima, bo wtedy nie jeżdżę autem, myślę nad dojazdami autobusem lub pociągiem, ale wtedy miałabym do pokonania całe miasto do pracy. Zobaczymy, na razie o tym nie myślę i skupiam się na tym co jest.
Byliśmy w sobotę w kościele na mszy, w tym, w którym początkowo chcieliśmy wziąć ślub. Po mszy mieliśmy iść porozmawiać do księdza, ale wszystko się diametralnie zmieniło! Kościół ogromny, za duży jak dla naszej ceremonii. W środku tak szaro-buro, zaniedbany ten kościół, jak w jakiejś piwnicy. Jak usłyszałam organistę, myślałam, że wyjdę i po minie Em. widziałam, że też ma taką ochotę. Katastrofa! Do tego cała msza taka sztywna, ksiądz taki bez życia... no nie, bez przesady, nic na siłę. Po mszy zawinęliśmy się do domu. Może i mamy duże wymagania, ale to ma być Nasz dzień. Po długich naradach postanowiliśmy, że weźmiemy ślub w parafii Em. Tam jest śliczny mały drewniany kościółek, więc nie wiem dlaczego od razu nie wzięliśmy tej opcji pod uwagę. W sobotę jedziemy porozmawiać z księdzem i mam nadzieję, że w końcu uda nam się zaklepać termin:) A organistę będziemy mieli własnego, musimy poszukać:) może znajdziemy coś fajnego:) Tym się na razie nie martwię. 
Dziś znów jadę na zajęcia, potem do rodziców. W planach mam dziś usiąść i dokończyć w końcu pierwszy rozdział mojej pracy, bo tu już drugi trzeba pisać, takie nam tempo promotorka narzuciła... 
Coraz lepiej odnajduję się nowej sytuacji, mam nadzieję, że w końcu do perfekcji opanuję łączenie pracy, dojazdów, szkoły i innych obowiązków:)
A teraz sobie troszkę potęsknię, do jutra...

piątek, 11 października 2013

W biegu, ze ślubną nutką.

Wiem, powtarzam się, czas pędzi niesamowicie! Znów kolejny tydzień nam minął. Odkąd jestem 'kobietą pracującą' czas przyśpieszył jeszcze bardziej.
Weekend mieliśmy dość intensywny, ale za to w pełni udany i spędzony ze sobą. W sobotę świętowaliśmy nasz urodziny:) pojechaliśmy na małe zakupy:) i tak kupiłam sobie jeansowe legginsy ( a właściwie niczym nie różnią się od normalnych jeans'ów, tyle że mają gumę w pasie:)) a i M. się obkupił w dwie pary spodni, buty i ciepłą czapę, co by mu było ciepło w uszy w pracy:) Zrobiliśmy przy okazji małe zakupy. Upiekłam sernik bananowy (pychota!) i pojechaliśmy do teściów. W niedzielę wybraliśmy się do kościoła na mszę, do tego w którym będziemy mieli nauki przedmałżeńskie, żeby się księdzu na oczy pokazać ciut wcześniej:) A z tego co sprawdziliśmy, 2 grudnia zaczynają się spotkania. Po mszy pojechaliśmy do Ikei, daaaawno już nie byliśmy. Kupiliśmy sobie kapciochy, bo te, które mamy już się zużyły, zjedliśmy obiadek, pooglądaliśmy sobie szafy, bo w końcu będzie się trzeba dorobić normalnej szafy na wieszaki, w drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o centrum handlowe i tak nam przeleciał cały weekend, późnym popołudniem byliśmy w domu. 
A tydzień zleciał mi tak szybko, że sama nie wiem kiedy. Wtorek, środa, czwartek w pracy więc w domu było mnie niewiele. Miałam pisać pracę, przygotować się na zajęcia... tylko kiedy? W efekcie dziś od rana siedzę na tyłku i przygotowuję się na zajęcia. 
Dziś po południu mam jedne zajęcia, jutro od rana dwa, w niedzielę jeden wykład. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego nie zbili nam tego w jeden dzień? Lubią utrudniać życie. A praca miała się pisać, póki co stoi w miejscu. Najważniejsze, że mam już materiały, teraz pójdzie (mam nadzieję) ciut lepiej. 
Sprawy ślubne mkną do przodu:)  Wczoraj podpisaliśmy umowę z dj'em, a przy okazji okazało się, że oni tam mają całe centrum ślubne:) więc prawdopodobnie fotografa też będziemy mieli od nich, podejmiemy decyzję jak zobaczymy zdjęcia. No i najważniejsze, przez co miałam już dzisiaj pierwszy sen ślubny, kwestia sukni! Wiedziałam, że czeka mnie wycieczka po salonach sukien ślubnych i szczerze się tego obawiałam. Wszystkie suknie w salonach są w małych rozmiarach. No nie oszukujmy się, trochę kilogramów tu i tam się ma, do tego większy biust... czułam, że będzie to dla mnie męka, żeby dobrać sukienkę w odpowiednim rozmiarze i fasonie. A tu nagle, okazało się, że mama naszego dj'a jest krawcową i ma własną pracownię sukien ślubnych. Boże, jakie ona cudne sukienki szyje! Oglądałam zdjęcia sukienek z salonów i jej wersje, które ona szyła... były o niebo lepsze od tych z salonów. I oglądając te wszystkie zdjęcia znalazłam kilka wariantów, w sumie bardzo do siebie podobnych i już jestem pewna, że będę miała sukienkę szytą właśnie przez tą panią:) Wcześniej nie rozważałam nawet opcji uszycia sukienki, ale jak się okazuje szybko zmieniłam zdanie. Dla tej kobiety nie ma rzeczy nie możliwych, do tego konkretna, widać, że zna się na rzeczy - miód na moje serce:) Więc teraz już ze spokojem pójdę po przymierzać różne modele i zobaczę, w którym dobrze wyglądam i czuję, a potem szybciutko podpisać umowę, bo najpóźniej do końca roku muszę się zdecydować. 
Myślę, że moja suknia, będzie mniej więcej w tym stylu:


Zostawiam Was ze zdjęciem i pędzę się szykować na zajęcia. W planach weekendowych wizyta u księdza i zaklepanie w końcu terminu ślubu, bo w zeszłym tygodniu nie daliśmy rady, więc może teraz się uda:)

piątek, 4 października 2013

Październikowo.

Mamy już październik. Tym samym został nam równo rok do ślubu, Naszego najpiękniejszego dnia:) A pamiętam jak zazdrościłam dziewczynom, że są zaręczone i biorą ślub, z nutką zazdrości oglądałam ślubne zdjęcia i czekałam, aż Em. będzie gotowy by poprosić mnie o rękę. Doczekałam się i zaręczyn i ustalenia daty ślubu i teraz od zmiany nazwiska dzieli mnie zaledwie jeden rok, tylko 365 dni:)
Październik to zdecydowanie Nasz ulubiony miesiąc, a niedługo będzie jeszcze bardziej Nasz - nie mogę się doczekać! Plany na weekend są - świętować! Od 4 dni mam już 25 lat, jakby nie patrzeć ćwierć wieku już za mną... czy czuję się staro? Nie czuję się na swój wiek, dla mnie czas zatrzymał się gdy skończyłam 18 lat. Każde kolejne urodziny są jakby ich nie było.  I te cztery dni w roku, mam tyle samo lat co mój Em., który jutro kończy 26! Moje urodziny były w tygodniu, niemalże spędziliśmy je osobno, oboje w pracy, zabiegani i dopiero o 21 kładąc się razem spać, mieliśmy chwilę dla siebie. Dlatego w weekend świętować będziemy podwójnie:) Nie było więc żadnych wątpliwości kiedy wybieraliśmy datę ślubu, to musiał być październik!
Wczoraj w końcu podpisałam umowę o pracę. A ile przy tym nerwów miałam! Kiedy dostałam mejlowo wstępną wersję umowy zmartwiłam się strasznie, bo miałabym zarabiać 20 zł brutto za godzinę, czyli na rękę dostawałabym ok 10-15 zł. Przeliczyłam sobie wszystko i to nawet nie pokryłoby kosztów dojazdów. Byłam strasznie zrezygnowana, bo nie wiedziałam co robić. Nie chciałam rezygnować z tej pracy, tym bardziej, że tak długo szukałam pracy w zawodzie, a z drugiej strony nie miałabym z czego dokładać do paliwa i kosztów materiałów. Przy siedmiu godzinach w tygodniu i przy takiej stawce nie opłacałoby mi się to kompletnie. Jednak po długiej rozmowie z szefową i próbach przekonania jej, że za tą stawkę nie jestem w stanie dojechać a co dopiero mówić o innych kosztach, zgodziła się podnieść stawkę o tyle, że będę dostawała 20 zł do ręki za godzinę. Brzmi lepiej. Ja wiem, że nie jedna osoba chciałaby tyle zarabiać, ale nie oszukujmy się, musiałabym dokładać do tego sporo, a na inną pracę nie mam szans, bo tu mam zajęte trzy dni w tygodniu, a tylko 7 godzin w sumie, więc to wcale nie jest dużo. No ale ostatecznie chyba ustaliłyśmy takie warunki, że wilk jest syty i owca cała.
A dziś wybieram się do biblioteki. Moja promotorka już zaczęła robić nam problemy po oddaniu jej pierwszego rozdziału. Bezpodstawnie czepia się, no ale cóż. Poszukałam dodatkowych książek, pojadę do biblioteki i poprawię moją pracę na tyle, na ile się da. Ale już wiem, że łatwo z nią mieć nie będę, zresztą nikt nie będzie miał z nią łatwo. Ale taki chyba urok promotorów, czepiać się muszą. Szkoda tylko, że nie docenia naszej pracy i ironicznie powtarza, że aby napisać pracę trzeba się oczytać a nie wystarczy przeczytać jednej książki. Denerwuje mnie ta baba strasznie, bo dostała bibliografię z 30 pozycjami do pierwszego rozdziału, więc nie rozumiem jej komentarzy. Nic nie pomoże, tylko powtarza, że trzeba czytać. No kuźwa, jakbym nie czytała! Wrrrrr... lecę do czytelni zanim znów przejdzie mi ochota na samą myśl o tej krowie.

niedziela, 29 września 2013

Kolejny weekend nam mija i sama nie wiem kiedy, ani gdzie pędzi ten czas! Dni i noce już coraz chłodniejsze, nie lubię tego... czuć już jesień, niedługo zima... 
Weekend spędziliśmy w domku, we dwoje. Ja w piątek i sobotę byłam na uczelni, a Em. w pracy. Sobotnie popołudnie spędziliśmy na porządkach. Okna już od dłuższego czasu prosiły się o umycie, więc się doczekały. A niedziela mija leniwie. Co prawda zdążyłam posprzątać mieszkanie, przebrać pościele i wiele innych, ale jakoś tak nie odczułam intensywności. 
Zmobilizowałam się w końcu, a właściwie to Em. mnie zmobilizował, żeby wypełnić papiery o odszkodowanie. Czas najwyższy, jutro wybieram się na pocztę. 
Wstępnie zaczęliśmy szukać dj'a i fotografa na nasz ślub i nawet wysłaliśmy kilka mejli z zapytaniami. Jak słucham mojego brata, który ślub ma za dwa lata i on już większość rzeczy ma załatwioną, to zaczynam się stresować, no! A obiecałam sobie, że bez stresu ze spokojem wszystko załatwimy, przecież zdążymy!
Ostatnio zdecydowanie za dużo się denerwuję! A to w pracy coś nie tak, a to coś innego. Np. cały zeszły tydzień, poza zajęciami, spędziłam pisząc pierwszy rozdział mojej pracy magisterskiej... liczyłam, że jeszcze na pierwszym zjeździe odpuszczą nam seminarium, ale w czwartek po południu pojawił się plan, że w piątek mamy zajęcia... tak, takie rzeczy tylko na naszej uczelni. Całe szczęście zaczęłam pisać w poniedziałek i napisałam 6 pierwszych stron, z którymi poszłam do promotorki, a ona zrównała mnie z poziomem chodnika. Jednym pytaniem pozbawiła mnie wszelkich chęci dalszego pisania. Więc pierwszy zjazd nie był dla mnie miły ani trochę. Muszę się zresetować, więc póki co nawet nie myślę ani o tym rozdziale ani o dalszym pisaniu. 
Uciekam spędzić ostatnie weekendowe godziny wtulona w moje 36,6.

środa, 25 września 2013

Nie wyrabiam się.

Mówią, że im więcej człowiek ma na głowie, tym bardziej jest zmotywowany i zorganizowany. Chciałabym to zaobserwować u siebie, nauczyć się organizacji, podzielić czas by na wszystko go wystarczyło... póki co moja doba jest za krótka a czas pędzi za szybko.
Praca. Niektóre z Was już wiedzą, że dostałam pracę i w końcu w zawodzie! I to w piątek 13-tego:) bardzo się cieszę, bo to dla mnie w końcu pierwsze doświadczenie no i pierwsza pozycja do wpisania w CV a potem szukanie kolejnej pracy będzie już łatwiejsze:) Praca mi się podoba, bo lubię to, co robię - uczę angielskiego. Pracuję trzy dni w tygodniu popołudniami, na razie może godzin nie mam zbyt wiele, ale mam nadzieję, że z czasem będzie ich więcej. Mam i grupy i zajęcia indywidualne głównie z dzieciaczkami ze szkoły podstawowej. Jedynym minusem nowej pracy są dojazdy, mam 40 km w jedną stronę... Na razie rozwiązaliśmy to tak, że choć mamy dwa auta, dojeżdżać codziennie nie będę, bo szkoda mi paliwa, więc te trzy dni w tygodniu jestem u rodziców. Mało mi się to podoba, ale cóż, przynajmniej na razie póki kwestie finansowe nie są jeszcze sprecyzowane, muszę się jakoś pomęczyć.
Na początku myślałam, że uda mi się pogodzić obie prace, tą u wujka w biurze i tą w szkole językowej, ale ostatecznie zdecydowałam się na jedną, bo dwóch srok za ogon na dłuższą metę ciągnąć się nie da, a mam jeszcze studia.
Właśnie, studia. Wczoraj miał być plan i dupa. Jest, ale nie kompletny i nadal nie wiem jakie przedmioty w jakie dni i z kim. Pierwszy zjazd w ten weekend i modlę się, żeby nie dali nam seminarium w ten weekend, bo wtedy leżę i kwiczę! Na pierwszych zajęciach musimy oddać pierwszy rozdział pracy, a mój z 10 stron ma na razie 1 :( siedziałam nad tym dwa dni i nie wiem kiedy i jak to wszystko ogarnę w takim tempie...
Weekend minął szybko, jak zawsze. Sobotę spędziliśmy w domu, po południu wybraliśmy sie na ciacho i herbatkę na stary rynek. W niedzielę od rana zebraliśmy się na grzyby i znów całkiem sporo udało nam się uzbierać.Po południu pojechaliśmy do teściów, ucieszyli się z grzybów. I tak nam minął praktycznie cały weekend.
Ostatnio na wszystko brak mi czasu, chodzę rozdrażniona, może też przez okres, ale ostatnie dni do łatwych nie należały. A już wczoraj to chyba było jakieś apogeum, bo wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie. Od rana pojechałam do biblioteki zeskanować sobie książki potrzebne do pisania mgr, zasiadłam przed skanerem i olśniło mnie, że wszystko ładnie pięknie, ale nie zabrałam pendriva. No myślałam, że mnie krew zaleje. Przebiegłam pół miasta w poszukiwaniu pendriva i w końcu udało mi się kupić więc pędem z powrotem do czytelni żeby zeskanować książki. Wróciłam do domu, spakowałam się i pędem do pracy. Jak już dojechałam na miejsce uświadomiłam sobie, że nie zabrałam torby z materiałami na zajęcia. Myślałam, że usiądę na chodniku i zacznę ryczeć jak bóbr. Ale telefon do M., który akurat był w domu i nie miał wyjścia, musiał mi torbę przywieźć. Więc część lekcji improwizowałam, a na drugą część M. już zdążył mi dowieźć materiały. Z ulgą dojechałam do rodziców i czekałam żeby tylko ten dzień się skończył. Za dużo jak na jeden dzień.
Dziś od rana przygotowuję się na kolejne zajęcia, a przed zajęciami jeszcze wpadnę w odwiedziny do mojego przyszłego chrześniaka:) I mam dylemat, bo nie wiem czy zostać dzisiaj jeszcze u rodziców i wrócić dopiero jutro po pracy, czy wrócić dziś. I w dalszym ciągu nie wiem co z moją seminarką... eh, oby to nie było w ten weekend, bo nie wiem jak się wyrobię.

poniedziałek, 16 września 2013

Znów mnie tu mało, wiem i przepraszam. Czas ostatnio pędzi jak szalony.
Egzamin poprawkowy zdany, więc już drugą nogą jestem na ostatnim roku moich studiów, a co za tym idzie, czas najwyższy zacząć pisać pracę! Byłam nawet w czwartek w bibliotece, trochę poszperałam i znalazłam kilka ciekawych książek.
Wróciłam też do pracy, trzy dni w tygodniu, więc od poniedziałku do środy siedziałam w biurze nadrabiając zaległości. A tak odnośnie pracy, w piątek (13-tego:)) dostałam bardzo ciekawą propozycję:) kto wie, może już niebawem będę mogła się pochwalić? Trzymajcie kciuki:)
Ostatnio musiałam się rozstać z moimi ulubionymi jeansami:( tak je lubiłam, bo były dopasowane i na gumie, bardzo wygodne a w dodatku upolowałam je na przecenie za grosze, ale niestety, jak to u mnie w zwyczaju, wszystkie spodnie przecierają mi się na udach:( więc trzeba było wymienić stare na nowe. W sobotę upolowałam też buty na jesień (takie kremowe traperki za kostkę:)) w CCC, które dostałam od rodziców akonto urodzin. Upatrzyłam też sobie kurtkę w Tchibo, niestety w sklepie stacjonarnym nie było mojego rozmiaru, ale szybko weszłam w internet w telefonie i okazało się, że jest dostępna online, a po powrocie do domu patrzę i wykupiona:( zła jestem strasznie, bo na prawdę tyle kurtek co się naoglądałam i na przymierzam a tylko ta jedna wpadła mi w oko i dupa.
Wczoraj za to od samego rana wyciągnęłam Em. na grzyby i idealnie trafiliśmy, bo jak wracaliśmy to zaczęło padać. Grzybów uzbieraliśmy dość sporo więc po powrocie mieliśmy co robić, trzeba było przygotować wszystkie grzyby do suszenia i teraz całe mieszkanie pachnie nam grzybami.
Dziś w pracy od samego rana. Nie dość, że poniedziałek, to jeszcze pogoda też nie ułatwia. Sennie, ponuro... i chęć powrotu do domu pod kołderkę ogromna!


piątek, 6 września 2013

100 moich prywatnych faktów o mnie:)

1. Nie cierpię mojego pełnego imienia. Do dziś pamiętam jak w podstawówce koleżanka dała mi kartkę na urodziny i napisała moje imię przez "ż" zamiast "rz". Okropne wspomnienie!

2. Kolor moich oczu często się zmienia. Na ogół moje oczy są niebieskie, jednak często robią się szaro zielone. Najbardziej lubię kiedy są soczyście niebieskie:)

3. Jestem zodiakalną wagą w 100%. Wagi są z reguły towarzyskie, nie znoszą samotności, potrafią porozmawiać na każdy temat, często idą na kompromis. Wagi są leniwe, odpoczywają najlepiej na łonie natury, nie lubią wysiłku fizycznego, są romantyczne i urokliwe - no wypisz wymaluj ja:)

4. Mam miękkie serce (za miękkie!) i twardego tyłka mi brak! Zawsze szybko wybaczam choć gdzieś tam w środku wiem, że znów będę cierpiała. Och, ta moja naiwność!

5. Często brak mi asertywności. Nie potrafię powiedzieć "nie" i często robię coś wbrew sobie, a potem cierpię i mam wyrzuty sumienia. Staram się z tym walczyć, ale nie zawsze mi się udaje.

6. Nerwus ze mnie straszny! Choć nie łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, dość często się denerwuję i to w większości z byle powodów... a wtedy najlepiej się nie zbliżać, bo nie ręczę za siebie!  

7. Mam problemy z samoakceptacją. Zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i o to jaka jestem. Mam więcej kilogramów tu i ówdzie, co bardzo często daje mi się we znaki. Nie potrafię w pełni zaakceptować siebie taką, jaką jestem, a gdybym to zrobiła, byłoby mi w życiu o wiele łatwiej! Nie lubię też siebie za to, jaka jestem. Chciałabym być lepsza i często mam siebie samej dość i nie lubię się. 

8. Jestem chora na insulino-oporność, czyli mam za dużo insuliny w organizmie, która powoduje m.in., że nie mogę schudnąć i tyję. Na początku walczyłam z chorobą, potem się poddałam i nie mam siły do tego wrócić, choć jestem świadoma konsekwencji. 

9. Potrafię słuchać innych i doradzać im, podczas gdy sama wewnętrznie bywam często w gigantycznej rozsypce i nie potrafię sobie pomóc. 

10. Uwielbiam czesać, malować paznokcie i robić make-up. Mogłabym to robić bez przerwy! Nie ma fryzury, której bym nie uczesała, wzorków na paznokcie jakich bym nie namalowała, albo makijażu, którego nie potrafiłabym zrobić. Niestety, nie mam wielu możliwości by to pokazać.

11. Uwielbiam tworzyć różne rzeczy sama, używając półproduktów, niż kupować gotowe rzeczy. Sprawia mi to ogromną radość! Wszystko, co mogę zrobić własnoręcznie, w co mogę włożyć odrobinę swojego serducha i co sprawi, że będę oryginalna.  Począwszy od kartek okolicznościowych do łóżka z palet. 

12. Marzę o sesji zdjęciowej. Chciałabym mieć zrobioną sesję zdjęciową, taką profesjonalną. W fajnych ciuchach, make-up'ie i w fajnych pozach. 

13. Lubię kolory pastelowe. Często oglądam ubrania w tych kolorach, ale niestety nie pasują ani do mojej sylwetki, ani do karnacji. Często więc wybieram kolor czarny i taki też przeważa w mojej garderobie. Nie koniecznie jestem z tego zadowolona. 

14. Muzyka to moje lekarstwo na całe zło. Kiedy jest mi źle i kiedy jest mi dobrze, uwielbiam zakładać moje duże słuchawki na uszy i słuchać muzyki dość głośno. To mi bardzo pomaga. 

15. Uwielbiam spacer na łonie natury. Te samotne i te z kimś. To dla mnie taki reset i odpoczynek od codzienności. Mogę tak iść bez końca i nie myśleć o niczym.

16. Tak, mam okropny nałóg. Palę. Znajomi twierdzą, że nie jestem uzależniona, bo mogę wytrzymać bez papierosa kilka tygodni nawet o tym nie myśląc. Coś w tym jest. Po prostu kiedyś ubzdurałam sobie, że to mnie uspokaja. 

17. Nie lubię alkoholu. Wyjątek stanowią niektóre drinki lub dobre wino. Kiedy byłam w liceum piłam dość dużo, często się upijałam. Teraz zmieniło się to diametralnie. 

18. Nie zasnę, jak nie mam przykrytych stóp. Nie ważne czy jestem na boso, czy mam skarpetki, muszę mieć stopy przykryte. Mogę mieć odkryte wszystko, tylko nie stopy. 

19. Nie lubię być sama w domu/mieszkaniu. Pamiętam, że jak byłam młodsza często zostawałam sama w domu, miałam wtedy pozapalane wszystkie światła i rurę od odkurzacza w zasięgu ręki. To samo jak wchodziłam do pustego mieszkania, zostawiałam otwarte drzwi i szłam zapalać światła we wszystkich pomieszczeniach, dopiero potem mogłam wrócić i zamknąć drzwi. Myślę, że miałam zaburzone poczucie bezpieczeństwa i się bałam. Teraz się nie boję, ale zostało mi takie dziwne uczucie, kiedy jestem sama, po prostu nie lubię. 

20. Mam młodszego brata. Kiedyś żyliśmy ze sobą jak pies z kotem, rodzice nie mieli z nami łatwo. Teraz, na szczęście nasze relacje są lepsze i potrafimy się dogadać.

21. Kocham moich rodziców, choć mam do nich dużo żalu. Przede wszystkim o to, że zawsze byłam we wszystkim gorsza. Mój brat zawsze miał lepiej, zawsze miał na więcej pozwalane i tak jest do dziś. Ja zawsze byłam czarną owieczką rodziny i jestem cały czas. O wszystkim co dzieje się w rodzinie dowiaduję się ostatnia i z dużym opóźnieniem, a jak dzwonię i pytam co u nich, to słyszę, że po staremu. 

22. Miałam w swoim życiu okres kiedy byłam zafascynowana filozofią. Nawet chciałam pójść na takie studia. Na każde pytanie potrafiłam znaleźć odpowiedź. 

23. Tęsknię za wsią. Zanim wyprowadziłam się na studia, cały czas mieszkałam na wsi. Cisza, spokój, świeże powietrze... żyć nie umierać... ale wtedy marzyłam o tym by wyrwać się z tego miejsca do dużego miasta. Kiedy zaczęłam studia i na drugim roku przeprowadziłam się do miasta, byłam w ogromnej euforii i czułam się jakbym dostała od losu najcenniejszy prezent. Pierwsze dwa lata byłam zachwycona, miasto, pełno ludzi, tyle sklepów najróżniejszych... ale z czasem zaczęło mi brakować przestrzeni, spokoju, ciszy i powietrza... zaczęłam tęsknić... Nie mam możliwości póki co by to zmienić, ale jeśli zaczniemy szukać własnego mieszkania, to na pewno nie w mieście. 

24. Smutno mi, że gdybym chciała wrócić do rodzinnego domu lub pojechać tam nawet na parę dni, to nie mam własnego kąta. Krótko po tym jak się wyprowadziłam z domu, mój brat zrobił remont w naszym wspólnym pokoju. Z czasem zniknęły z niego wszystkie moje rzeczy, szafki półki. Mieliśmy łóżko piętrowe, teraz jest jedno pojedyncze. Przykro mi, że nie ma tam dla mnie miejsca. 

25. Moje studia - przypadek. Po maturze, sama nie wiedziałam na jakie studia chcę iść. Złożyłam papiery na trzy różne kierunki, po czym nie wybrałam żadnego z nich. Potem miałam chwile zwątpienia i stwierdziłam, że nie idę na studia skoro nie wiem na co chcę iść. No ale matka mi nie odpuściła, boże jakie były wojny i pod ogromną presją poszłam na filologię angielską. Bo ponoć skoro zawsze lubiłam angielski, to rodzice stwierdzili, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Nie powiem, bo nawet podobał mi się ten pomysł, zawsze lubiłam języki obce i nauka szła mi dość łatwo, więc czemu nie? Niestety po pierwszym roku, zaczęłam czuć, że to największy błąd i porażka. I tak było przez trzy lata. Zawsze ryk, że jest mi za ciężko, że inni mają łatwiej i zero wsparcia ze strony rodziców. Potem obroniłam licencjat a czarne myśli jakoś same odeszły i stwierdziłam, że skoro zaszłam tak daleko, to dwa lata więcej nie zrobią mi różnicy i tak jestem jedną nogą na drugim roku studiów magisterskich. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, na pewno nie byłby to angielski.

26. Okres szkoły podstawowej wspominam okropnie. Niestety. Moi rodzice oboje pracowali w szkole, mama nauczycielka, tata był kierowcą. Chyba nie muszę dodawać, że nikt mnie nie lubił, nie miałam znajomych, po szkole zawsze siedziałam w domu, bo nikt nie chciał się ze mną bawić. I to zostało ze mną do dziś, przez co od zawsze czułam się samotna. Nie mam znajomych, z którymi mogłabym gdzieś wyjść, porozmawiać. A jeśli już komuś zaufam, to odchorowuję tą znajomość dotkliwie i długo. 

27. Nigdy nie byłam asem w szkole. Były przedmioty, z których miałam piątki, ale też były takie, z którymi radziłam sobie ledwo ledwo. Za to mój brat zawsze świadectwo z paskiem.

28. Żałuję, że nie mam siostry. Zawsze chciałam ją mieć. Chociażby po to by móc pogadać, spędzić razem czas.

29. Zawsze chciałam pisać. Jako nastolatka zaczęłam pisać wiersze, opowiadania. Szło mi całkiem nieźle, z polskiego zawsze miałam same piątki i szóstki, zawsze wszyscy mi zazdrościli. I tak sobie marzyłam, że chciałabym pisać w jakiejś gazecie. Parę razy wysyłałam wiersze do Filipinki (pamiętacie tą gazetę?) i nawet kilka z nich zostało opublikowanych. W sumie to marzenie nadal gdzieś tam we mnie jest, niespełnione marzenie o dziennikarstwie i o pisaniu do popularnych gazet, własna redakcja. No cóż, moje życie potoczyło się w trochę innym kierunku.

30. Mam ładne pismo. Zawsze wszyscy je podziwiają, wszyscy przychodzą po notatki. To ma też swoje minusy, bo piszę ładnie, ale niestety wolno. Nie umiem pisać ani brzydko, ani szybko. I na lekcjach i wykładach często nie nadążam z pisaniem. 

31. Nie lubię szpinaku, kminku, brukselki, szparagów i serów topionych oraz pleśniowych. Choć ten pierwszy podsmażony na patelni z łososiem, nawet mi zasmakował. Pozostałych rzeczy nie tknę nigdy w życiu!

32. Lubię zupy, i te najprostsze i te wymyślne. Ale nie te wodniste! Im więcej mają zawartości, tym lepiej:) są treściwsze:) 

33. Lubię gotować i piec:) a co najlepsze, jestem samoukiem, a moja kuchnia to ciągła improwizacja. Bazuję na różnych przepisach, ale zawsze coś zmienię, coś dodam od siebie i zawsze wszystkim smakuje:) w kuchni, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych!

34. Chyba nikt tak jak ja nie je pizzy w taki sposób. Uwielbiam pizzę, ale od każdego kawałka skrupulatnie odgryzam brzegi i zostawiam je na talerzu. Nie ma opcji bym zjadła kawałek w całości, po prostu nie lubię brzegów. Pewnie nie jednej osobie wyda się to dziwne, ale tak już mam.  A jak pizza, to tylko na cienkim cieście!

35. Jak jest mi źle, mam mega doła, szczególnie w okresach jesienno-zimowych, znajdziecie mnie z pudełkiem lodów bakaliowych i dodatkową porcją bakalii. 

36. Jestem małą pedantką i perfekcjonistką. Jak sprzątam, muszę mieć wszystko wysprzątane dokładnie i najlepiej jak sprzątam sama, wtedy wiem, że wszystko jest tak, jak być powinno. Ale też bez przesady, nie jest to jakaś fobia, że nie przejdę obojętnie obok jakiś niedociągnięć, nie. Ale lubię jak wszystko jest tak, jak być powinno:)

37. Bałaganiara też ze mnie jest nie mała. Niestety, to chyba jedna z moich większych wad. Gdzie zostawię, często tam zostaje i leży. Staram się nad tym zapanować, ale nie zawsze mi to wychodzi. 

38. Od dziecka marzyłam o zwierzątku. Pamiętam jak rodzice wzięli do domu kotka z podwórka, to był piękny, choć krótki okres, bo sąsiedzi nam kotka podtruli, a rodzice już się nie zgodzili na żadne zwierzątko. Trzy lata temu kupiliśmy sobie z Em. chomika. Był naszym pupilkiem, sami go oswoiliśmy, bawiliśmy się z nim. I choć czasem skubany drażnił nas niesamowicie, to zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić Kiedy nam niefortunnie uciekł, nie mogłam się z tym pogodzić przez dłuższy czas. Ale to nie koniec przygody ze zwierzątkami... Na pewno będziemy mieli jeszcze pieska, ale to z czasem.

39. Mój pierwszy poważny związek trwał 4 lata i o 4 lata za dużo. Miałam wtedy 17 lat a nadzieja, że kiedykolwiek będę miała chłopaka, była naprawdę niewielka. Początkowe pozorne szczęście, a potem było już tylko gorzej. W międzyczasie miałam przelotną bliższą znajomość, która tak na prawdę pomogła mi podjąć decyzję o rozstaniu. I choć skończyło się szybciej niż zaczęło, nigdy nie żałowałam. A potem w końcu zdecydowałam się ponownie zawalczyć o Em. i udało się i tak już ponad 4 lata jesteśmy razem szczęśliwi:)

40. W wieku 17 lat byłam gotowa na ślub i dziecko. Wtedy po raz pierwszy obudził się we mnie instynkt macierzyński. 

41. Uwielbiam małe dzieci, a dzieci uwielbiają mnie:) Sporo czasu spędziłam opiekując się Jasiem i Gabrysią (moje małe kuzynostwo). Ale wciąż mam obawy, że nie poradzę sobie jako mama, że nie będę potrafiła zająć się maleństwem. 

42. W związku to ja jestem dominująca. Taki mam charakter, a Em. idealnie się do mnie dopasowuje. Uzupełniamy się wzajemnie. Ale też są dni, kiedy jestem jak mała dziewczynka i potrzebuję żeby ktoś 'wziął' mnie na ręce, przytulił i pogłaskał po głowie. 

43. W łóżku nie lubię zbyt wielu zmian. Mam dwie ulubione pozycje podczas kiedy się kochamy, w których czuję się dobrze i bezpiecznie. Nie odczuwam przyjemności z seksu oralnego/analnego.  

44. Lubię wszystko, co zalicza się do kategorii "romantyczne". A wtedy tona chusteczek koniecznie w pobliżu!

45. Strasznie szybko się wzruszam. Potrafię się popłakać nawet podczas oglądania reklamy...

46. Uwielbiam mohito:) koniecznie z dużą ilością mięty i limonki, a niekoniecznie z alkoholem:) często sama robię sobie takie moje domowe mohito bez procentów:)

47. Cały czas szukam swojego 'miejsca' na świecie. Jeszcze nie wiem kim chciałabym być, co robić... Powoli coraz częściej myślę o założeniu własnej szkółki językowej. Myślę, że w tym czułabym się najlepiej. I kto wie, może już niebawem się o tym przekonam?

48. Jestem uzależniona finansowo od moich rodziców. To oni opłacają mi studia i mieszkanie. Utrzymują mnie. Źle mi z tym, ale póki co niewiele mogę z tym zrobić. Intensywnie szukałam pracy, ale póki co bez skutków. Na szczęście mam jeszcze tą pracę u wujka, gdzie mogę zarobić sobie na własne potrzeby.

49. Często uprawiam czarnowidztwo i wszystko widzę w ciemnych barwach, choć na ogół jestem optymistką.

50. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie od strony mamy mają wyostrzoną intuicję. Często czuję kiedy coś złego się wydarzy, lub kiedy mam czegoś nie robić. Tak uchroniłam moich rodziców przed wypadkiem. Czasami to bywa uciążliwe, ale często okazuje się przydatne.

51. Lubię oryginalne ubrania, takie, których nie noszą wszyscy. I też tak się właśnie ubieram, mam swój styl, nie kopiuję tego, co jest aktualnie modne.

52. Nie mam szafy pełnej ubrań, dlatego w moim przypadku 'nie mam w co się ubrać 'często jest prawdziwe. Tak samo z butami.

53. Nie pamiętam kiedy ostatni raz nosiłam nie pomalowane paznokcie. Zawsze muszę mieć pomalowane, chociażby bezbarwnym lakierem czy odżywką. 

54. Nie lubię moich włosów. Nie są ani kręcone, ani proste, są pomiędzy. Wyglądają jak psu z tyłka:/ Każdy włos w inną stronę... I muszę je myć codziennie rano, bo po nocy mam tak przetłuszczone, że nie da się ich w żaden sposób ujarzmić.

55. Chciałabym mieć kiedyś burzę loków na głowie. Zawsze podziwiam idące dziewczyny, które mają kręcone włosy.

56. Mam nadmierne owłosienie, czego bardzo się wstydzę. Szczególnie na twarzy.

57. Nie chodzę do kosmetyczki. Brwi reguluję sobie sama, sama maluję sobie paznokcie i robię mini domowe spa.

58. Nigdy nie byłam w solarium. I nie zamierzam być.

59. Mam alergię na słońce, truskawki, cytrusy, paprykę, ser feta, kurz i pleśń.

60. Lubię jak w pomieszczeniu, w którym przebywam ładnie pachnie. Często więc mam zapalone świeczki zapachowe lub wosk. 

61. Biorę tabletki antykoncepcyjne jako kurację hormonalną. 

62. Kiedy tęsknię z Em. piję duże ilości miętowej herbaty. Nigdy wcześniej nie lubiłam mięty, to właśnie Em. nauczył mnie pić miętową herbatę i kiedy wyjeżdża na dłużej ja automatycznie mam ochotę na miętową herbatę.

63. Nie chodzę do publicznych toalet, choćby nie wiem jak mi się chciało, bo i tak nie załatwię w nich swoich potrzeb, już prędzej poszłabym w przysłowiowe 'krzaczki'.

64. Nie lubię robić zakupów w sklepach, w których nie wiem gdzie co jest. Od razu się denerwuję i po zakupach. 

65. Tłumy ludzi w sklepach działają na mnie jak czerwona płachta na byka.

66. Nie lubię siedzieć w domu i nie robić nic. Czasami lubię się ponudzić, ale tylko czasami. Wolę gdzieś wyjść, pojechać, cokolwiek. 

67. Od dwóch lat mam prawo jazdy i uwielbiam jeździć autem.

68. Nie miałam jeszcze kontroli drogowej i boję się, że jak mnie złapią to nie będę wiedziała jak się zachować.

69. W swoim życiu miałam sporo telefonów i dopiero ten obecny przypadł mi do gustu i tak szybko się na pewno nie rozstaniemy.

70. Nie lubię telefonów dotykowych, nie mam do nich cierpliwości. 

71. Wolę pisać smsy niż dzwonić.

72. Nie lubię rodzinnych zjazdów, składania sobie życzeń. Czuję się wtedy niezręcznie i sztywno. Może to też kwestia mojej rodziny, że jest taka a nie inna. 

73. Nie lubię swojego biustu, jest za duży, za ciężki i często mi przeszkadza. Mam z tego powodu kompleksy. 

74. Mam sezonowe piegi, których kiedyś wręcz nie znosiłam a teraz uwielbiam. Myślę, że mi w nich zdecydowanie lepiej niż bez:)

75. Nigdy nie miałam i nie mam dobrego kontaktu z mamą. Zazdrościłam koleżankom, które mogły mamie powiedzieć o wszystkim i porozmawiać na każdy temat. Bardzo mi tego brakowało jak byłam młodsza.

76. Byłam bardzo zbuntowaną nastolatką. 

77. Zdarzyło mi się wziąć narkotyki. Nie jestem z tego zadowolona i wiem, że nigdy więcej bym tego nie powtórzyła.

78. Żałuję wielu moich wyborów życiowych i ciężko mi się z nimi pogodzić. Niestety niektóre z nich mają wpływ na teraźniejszość.

79. Moja ulubiona pora roku to wiosna, uwielbiam zapach wiosennego powietrza i kiedy wszystko budzi się do życia.

80. Kiedy byłam młodsza notorycznie oglądałam Uciekającą Pannę Młodą, po którymś razie oglądałam film na przewijaczu zwalniając tylko w ulubionych momentach. Moment kiedy Julia Roberts kołysze się w sukni ślubnej - zawsze marzyłam by móc zrobić tak samo.

81. Bawiłam się lalkami do 18 roku życia. Często się z tym kryłam by nikt mnie nie widział, wstydziłam się tego.

82. Jak chodziłam do szkoły miałam manię przepisywania zeszytów.

83. Szczerze nie lubiłam i bałam się wuefu. Często wypisywałam sobie sama zwolnienia.

84. Nigdy nie byłam na wagarach.

85. Często w życiu musiałam radzić sobie sama, dlatego teraz też często nie potrafię poprosić o pomoc nawet gdy jej potrzebuję to uparcie robię sama. 

86. Bywam uparta. Lubię postawić na swoim.

87. Mam klaustrofobię. Nie lubię wind i ciasnych pomieszczeń, jak przebywam w nich za długo momentalnie robi mi się duszno i słabo.

88. Grałam kiedyś kilka lat na pianinie. Żałuję, że przestałam ćwiczyć.

89. Gdybym była chłopcem, miałabym na imię Marcin. 

90. Często podejmuję spontaniczne decyzje, które wychodzą mi na dobre. Wszystko co długo planuję, nigdy się nie udaje.

91. Em. jest nie tylko moim partnerem, ale także przyjacielem. Kompletne przeciwieństwo mnie i jednocześnie uzupełnienie. Dobraliśmy się idealnie pod każdym względem.

92. Nie mam żadnych roślinek doniczkowych, zawsze wszystkie mi usychały, a podlewałam je 'prawie' regularnie.

93. Panicznie boję się pająków. 

94. Nigdy nie oceniam ludzi po wyglądzie i irytuje mnie jeśli ktoś w moim towarzystwie tak się zachowuje.

95. Brzydzę się kłamstwem. Nie ma żadnego dobrego usprawiedliwienia na kłamstwo. 

96. Chciałabym kiedyś zwiedzić Londyn, jak na anglistkę przystało.

97. Nigdy nie leciałam samolotem i nie wiem czy się kiedykolwiek odważę.

98. Cały czas boję się, że znów wypadnie mi rzepka i odnowi się kontuzja.

99. Jestem młodsza od Em. tylko o 361 dni:)

100. Bo trochę tajemnic muszę jeszcze mieć:)