"Kiedy powiem sobie dość
a ja wiem, że to już nie długo"
Muszę się przyznać, że czuję się lepiej. Może nie jest idealnie, ale jest po mojemu. Może nie wszystko jest dobrze, ale mam nadzieję, że z czasem będzie lepiej.
Dużo ostatnio spadło na mnie, nie ze wszystkim sobie poradziłam... bo nie muszę, prawda? No właśnie. Ale chciałam Wam podziękować za wsparcie, za to, że jesteście nie tylko tu, ale w ogóle. Wiem, ciężki mam charakter, za dobre serce, brak mi asertywności i sporo jeszcze takich by się znalazło. No cóż, chyba w końcu
Pierwszy powód, chyba standardowy, przyszła teściowa. Wkurza mnie babsko tak, że nie wiem! Od samego początku czułam, że fałszywa jest i dwulicowa a takich osób to ja nie cierpię! Ale dałam jej szansę, na prawdę. Byłam miła, uczynna, pomocna. Starałam się by nasz kontakt był dobry. Ale już od dłuższego czasu wychodzę z siebie i staję obok. Traktuje Em. jak małego chłopca, nad wszystkim chciałaby mieć kontrolę. Kontrwywiad normalnie, wszystko musi wiedzieć. Zanim Em. zamieszkał ze mną, wszelkie sprawy załatwiała ona. Ona miała wszystkie papiery z banku itp. Niedawno po dłuższej rozmowie z Em. stwierdziliśmy, że pora przejąć ster, zabraliśmy więc cały segregator dokumentów. Na początku nie przeszkadzało mi to, że np. mama mu wpłaca pieniądze na lokatę, które jej daje, albo, że załatwia to na poczcie. No ale Em. nie miał dostępu ani do swojego konta bankowego przez internet, ani do niczego. Więc był to dobry pretekst by przejąć władzę. Teraz wszystko załatwiamy my, a teściowa sra jak może. I tylko słyszę, że Em. ma jej te papiery oddać z powrotem, że ona tym się będzie zajmować itp itd. Więc gotuje się we mnie! Fakt, ona jest bardzo nadopiekuńcza, ale ileż można? Przecież Em. już jest dorosły, samodzielny, a ona wręcz nachalnie go kontroluje. Em. mnie uspokaja, mówi, że ona tak już ma, że to takie jej gadanie, że on się przyzwyczaił przez te wszystkie lata. Ma rację, ale czasami naprawdę irytuje mnie jej przesadna nadgorliwość.
Powód drugi, samochód. Pewnie wspominałam gdzieś kiedyś, że nasze poprzednie autko nam się sypie. Od dawna zastanawialiśmy się nad kredytem i kupnem nowego. Ale co? Teściowa oczywiście robiła wielki szum, bo przecież Em. może do pracy jeździć rowerem, a czemu nie. No szlak mnie trafiał. Odpuściliśmy, ale to była kwestia czasu aż nie nawali coś poważniejszego. Szczęście w nieszczęściu, znaleźliśmy autko, a właściwie to ona znalazło nas. Z pewnej ręki jak to się mówi i niedrogo. Właśnie jutro Em. wysyła umowę do banku, czekamy na pieniążki i finalizujemy sprawę, więc jeden stres mniej:) a poprzednie autko małymi kroczkami będziemy remontować i ja będę miała własną furę, a jak! :)
Powód trzeci, uczelnia. Choć z tym emocjonalnie chyba radzę sobie najlepiej. Fakt, zbliża się sesja, a więc gorący okres, bo trzeba wszystko pozaliczać i ten tydzień będzie dla mnie ciężki, bo wracam do pracy, po pracy nauka, bo w weekend mam ostatni zjazd i sporo zaliczeń, więc przez ten tydzień będę chodziła na pełnych obrotach.
Powód trzeci, rodzice i mieszkanie. Daję razem, bo wszystko się razem łączy. Raz, że to różnie z nimi bywa. Raz mile zaskakują, bo np. sami zaproponowali nam pożyczkę, byśmy mniej musieli wziąć kredytu, a innym razem zamiast wspierać to "nóż w plecy wbijają". No i namieszali nam z mieszkaniem. Od listopada mieszkamy w czwórkę razem z moim bratem i jego dziewczyną, ale oni wyprowadzają się na okres wakacji, żeby się finansowo odbić. Rodzice zadecydowali, że żal rezygnować z mieszkania, więc nasunął się pomysł wynajęcia ich pokoju na okres wakacji. Ponad miesiąc dzień w dzień wystawiałam ogłoszenie, martwiłam się, że nikogo nie znajdziemy i zostaniemy z całym mieszkaniem na głowie, a nas na to nie stać. Aż w końcu kiedy ktoś się znalazł, stwierdzili, że w sumie mój brat może mieszkać przez wakacje. Padłam. To po co całe to zamieszanie i moje nerwy? Nie wiem. Gdzie jeszcze się dowiedziałam, że też pewnie tylko do końca wakacji a potem i tak będę musiała znaleźć kogoś na ich miejsce. Nie komentuje, nie chcę się tym przejmować, bo nie ma to sensu, a ja muszę się teraz oszczędzać.
Powód czwarty, chyba ten kosztował mnie najwięcej. Nie raz pisałam o mojej "przyjaciółce" . Więc chyba już nastał odpowiedni dzień, by dać sobie spokój. Pamiętam, że kiedy wspomniałam Wam o nieporozumieniach, które wynikły między nami, radziłyście, że może jednak warto pomimo braku mojej winy wyciągnąć rękę. Cała ta sytuacja bolała mnie strasznie i wiele kosztowała, ale wyciągnęłam rękę. I choć nie było już jak dawniej, znów zaczęłam mieć nadzieję, że może z czasem będzie lepiej. Jak wiecie, niedawno brała ślub. We wszystko zaangażowałam się dość mocno... przygotowania, ubieranie sali, wszelkie szczegóły były na mojej głowie. Jeszcze w dzień ślubu przekonałam się, że "dziękuję" za to nie usłyszę, a wręcz przeciwnie. To był dla mnie maraton, od rana na wieczora na nogach, obiecałam, że pomogę, zostawiłam wszystkie swoje sprawy na boku. Bardzo to odchorowałam. Stres, zmęczenie, żal... wszystko się skumulowało i wybuchło. Było kiepsko, właściwie dopiero emocjonalnie doszłam do siebie w ten weekend. Ale jestem z siebie dumna, bo z Waszą pomocą po raz pierwszy od dawna zrobiłam coś dla siebie. Smutne, że musiałam się przekonać jak niewiele dla niej znaczę, ale bardzo mi ulżyło, kiedy odwołałam wszystko i zrobiłam ten malutki krok w swoją stronę. Muszę o siebie zadbać, nawet Em. zauważył, że wyglądam jak szczątki człowieka, bo wiecznie byłam kłębkiem nerwów i stresów.
W końcu w weekend udało mi się troszkę zregenerować siły. W końcu spędziliśmy trochę czasu tylko we dwoje. Zdystansowałam się, wyciszyłam i teraz mogę zabrać się za pracę i naukę. To będzie ciężki czas, ale mam wsparcie w Em. i wiem, że dam radę:)