poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwestrowo.

Czas na ostatnią notkę w tym roku. Jaki był, taki był i oby następny był lepszy od mijającego :) Planów sylwestrowych, tak jak wspominałam, nie mamy. Spędzamy go w domu, ale myślę, że i tak będziemy się fajnie bawić:) a za nim powitamy Nowy Rok, czekają mnie porządki. Muszę wysprzątać całe mieszkanie, żeby w owym roku było u Nas zawsze czysto, bo jaki sylwester taki cały nowy rok! :) a więc dzisiejszy dzień spędzę na porządkach, potem gotowanie i będę czekała na Em. aż wróci z pracy i będziemy mogli razem troszkę poświętować. Tak naprawdę cieszę się, że zostaliśmy w domu, że nigdzie nie wychodzimy, bo jakoś nawet specjalnie nie mam na to ochoty. Wolę chyba Nasze domowe zacisze, bo fakt, tym razem z mieszkaniem trafiliśmy idealnie. Oboje się tu bardzo dobrze czujemy, więc może dlatego wolimy spędzić ten czas w swoich czterech ścianach.
Za nim jednak wezmę się za porządki, szybkie śniadanko, trochę się ogarnę, dobra muzyka, kieliszek wina i można sprzątać :)

Zatem życzę Wam moje Kochane szampańskiej zabawy! Nawet jeśli planów sylwestrowych Wam brak, bo nie trzeba wychodzić z domu, by dobrze się bawić. Życzę Wam, aby Nowy Rok okazał się jeszcze lepszy niż ten, który mija. Aby Wasze plany, cele i postanowienia spełniły się . Dużo szczęścia i pomyślności w nowym, 2013 roku :)

sobota, 29 grudnia 2012

Przed-sylwestrowo.

Podsumowanie starego roku i postanowienia noworoczne już były, a zapomniałam napisać o planach sylwestrowych. A raczej o ich braku. Pomysły na Sylwestra były. Z jednym, niestety obudziliśmy się trochę za późno, ale okazało się, że Em. wziął sprawy w swoje ręce i zarezerwował dla Nas sylwestra w hotelu. Ucieszyłam się ogromnie, choć bardziej z tego, że to Em. z własnej inicjatywy się tym zajął. A potem, któregoś grudniowego wieczoru, oboje stwierdziliśmy, że w tym roku wolimy zostać w domu. Zawsze chciałam gdzieś wyjść, niekoniecznie pojechać, ale wyjść potańczyć itp. Dwa razy z rzędu sylwestra spędzaliśmy na starym rynku. W tym roku jakoś sama siebie nie poznaję, ale niczego bardziej nie pragnę jak spędzić sylwestra w domu, z Em. i z butelką dobrego wina. Tak więc rezerwacja została odwołana, a my spędzimy tą noc we dwoje. Bo nie ważne gdzie, ważne, że razem :) to jest moje ulubione powiedzenie! Być może wpadną do Nas znajomi, kolega z pracy Em. ze swoją żoną, ale to nic pewnego, bo A. jest już praktycznie na końcówce ciąży i nie wiadomo jak się będzie czuła. Tak czy siak, zadowolona jestem :)
Dziś wybraliśmy się na zakupy, czyli zaopatrzenie w postaci butelki wina (dla mnie), butelki whisky (dla Em.) i czegoś do pochrupania, czeka na sylwestrową noc :) w planach jeszcze mam zrobienie bigosu, bo miałam robić już na święta, ale nie było kiedy, no i może jakąś sałatkę zrobię :) także zapowiada się miło, z gośćmi czy bez, na pewno będzie sympatycznie.
Korzystając z tego, że wyprzedaże w sklepach ruszyły pełną parą, wybrałam się na po-świąteczne zakupy. Już od jakiegoś czasu zamiast prezentów dostaję pieniążki, bo wtedy jak to mówią i wilk syty i owca cała, bo mogę sobie kupić to, co potrzebuję, bez obaw, że coś nie będzie mi się podobało. Więc wyruszyłam na zakupy, a że dawno nie kupiłam sobie nic do ubrania, postanowiłam głównie odświeżyć moją garderobę. W Carry kupiłam sobie dwie bluzko-tuniki, niestety nie mają ich na stronie internetowej (nie wiem dlaczego) i nie mogę Wam ich pokazać... do mojej kolekcji dołączyły również klasyczne czarne rurki, bo spodnie miałam tylko jedne, a odkąd zaczęłam chodzić głównie w leginsach nie kupowałam żadnych, więc te się przydadzą. No i głównym zakupem okazały się buty. Pierwsza kupiła je moja mama, a ja się w nich zakochałam! Są mega wygodne, na korku, czego w ogóle nie czuć jak się je założy. Wystraszyłam się trochę ceny, bo jak usłyszałam, że są z Ecco, to nie powiem, zawachałam się. Ale po przecenie plus po rabacie z karty mojej mamy, cena była całkiem całkiem, jak na takie wygodne buty, które posłużą mi na długie lata. No i mama mnie przekonała, że w ramach prezentu gwiazdkowego od nich mam sobie kupić te buty, że żałować nie będę, bo ona sama wypróbowała tę markę i na prawdę warto, nie tylko ze względu na komfort noszenia. Więc pomyślałam 'a co mi tam!', raz się żyje, więc jedne takie buty mogę mieć. Zresztą same oceńcie: klik.
A z takich drobiazgów, to kupiłam sobie tusz do rzęs, również podpatrzyłam go u mamy i jestem bardzo zadowolona! Klik. Ten akurat jest typowo dla niebieskich oczu, podkreśla ich kolor, ma takie fajne błyszczące drobinki i mimo, że niby dodaje objętości, to po nałożeniu rzęsy wyglądają bardzo naturalnie - w sam raz dla mnie, bo właśnie o taki efekt mi chodziło :) I ostatni drobiazg, to błyszczyk-balsam. Szukałam czegoś bez brokatów, co nada ustom połysk a jednocześnie będzie dawał naturalny efekt i znalazłam :) Klik. Błyszczyk idealnie nawilża usta na bardzo długo, daje delikatny, naprawdę naturalny kolorek dzięki czemu, można go używać codziennie a i zapach, od samego wąchania robię się głodna :) nr mojego koloru to 51 :)
Więc zakupy udane, a jak udane to znaczy, że i Lena jest zadowolona, a jak :)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Refleksyjnie w Święta.

Święta to właśnie taki czas, który skłania Nas do przemyśleń, refleksji. I mnie dzisiaj dopadł taki refleksyjny nastrój. Już po Wigilii, potrawy zjedzone, prezenty rozdane, Wigilijne ciacho zjedzone, kawka wypita, a teraz siedzę w domku grzejąc się blaskiem świec, przy choince i postanowiłam zapisać wszystkie moje przemyślenia.
Po pierwsze, dziś Nasza pierwsza rocznica zaręczyn. Rok ten minął Nam niesamowicie szybko. Pojawiły się pierwsze plany dotyczące Naszej wspólnej przyszłości, życia. I tak sobie myślę, że trafił mi się wspaniały facet. I mimo, że czasem mamy gorsze dni, to i tak zawsze problemy i trudności pokonujemy wspólnie, a wszystko jeszcze bardziej umacnia Naszą miłość. Wiem, że z Nim niczego nigdy mi nie zabraknie, że zawsze będę czuła się kochana i potrzebna. Będziemy fajną rodzinką:) A taką wisienką na torcie, będzie Nasze dzieciątko, na które już czekam z niecierpliwością! I tak sobie spojrzałam dziś na moich rodziców, którzy już są gotowi na pozostanie dziadkami i wiem, że świetnie by się w tej roli odnaleźli:)
Jedyne co mnie martwi i właściwie głównie o tym dziś myślę, to mój brat. Właściwie nigdy nie miałam okazji więcej o nim napisać. Jest młodszy ode mnie o dwa lata. Kiedyś żyliśmy jak pies z kotem, rodzice mieli z nami czasami cztery światy, bo wiecznie się kłóciliśmy. Dziś, z wiekiem, nasze relacje są naprawdę dobre. Dogadujemy się właściwie bez problemów, co ogromnie mnie cieszy. Mój brat to naprawdę wspaniały facet. Mądry, przystojny, zaradny... idealny kandydat na męża. Niestety martwi mnie trochę sytuacja w jego związku. Poznali się z M. jeszcze w liceum i od tamtego czasu są razem, 5 lat. Od listopada mieszkamy razem, w czwórkę. Ale widzę, że mój brat jest przygaszony, że nie jest pewien czy to jest faktycznie to. M. jest specyficzna, nie da się ukryć. Ale trochę przesadza czepiając się o wszystko i robiąc z igły widły. Widać, że mojemu bratu zależy, ale widać też jak bardzo się tym męczy. Jak bardzo bym jej nie lubiła, to w głębi serca liczę na to, że mimo wszystko się dotrą, bo początki nie zawsze są łatwe i piękne. Nie chciałabym żeby cierpiał, żeby zmarnował sobie kilka lat życia, tak jak ja.
Czekają nas dwa dni słodkiego lenistwa i beztroskiego objadania się:) Chcemy te dwa dni wykorzystać maksymalnie, zwłaszcza, że dziś mieliśmy dla siebie zaledwie kilka godzin. Za to jutro spędzimy większość dnia razem, a po południu wracamy do Naszego mieszkanka. Także mam nadzieję, że zdążymy się sobą nacieszyć.
Pozostając w nastroju świątecznym, życzę Wam jeszcze raz miłego świętowania :)

niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie.

Już jutro Święta. Dziś spakowaliśmy się i pojechaliśmy do domu. Jeszcze w tym roku, ja do swoich rodziców, a Em. do swoich. Po cichutku sobie myślę, że może już w przyszłym roku Wigilia będzie już wspólna:) no a w tym roku, jeszcze musimy przemęczyć się osobno.
W tym roku rodzinna Wigilia jest u mojej chrzestnej, z czego ogromnie się cieszę, bo jak wiecie, uwielbiam tam przebywać. Jutro już z samego rana jadę zająć się małym J. i pomóc E.w przygotowaniach do kolacji. Potem prezenty i kawa, na której będę już z Em. No i jutro Nasza pierwsza rocznica zaręczyn - jak ten czas leci!
Prezenty popakowane, jeszcze tylko czeka mnie lukrowanie mamusiowych pierniczków, a właściwie jestem już w trakcie:)
Tak więc przygotowania do Świąt pełną parą, w całym domu już czuć zapach kapusty i innych pyszności. Nawet, ku mojemu zdziwieniu, od kilku godzin sypie śnieg:) już zaliczyłam pierwsze odśnieżanie. Czy mamy szansę na białe Święta? Niby ma być odwilż, ale zobaczymy.
Tak czy siak, już pewnie się tu nie pojawię przed Wigilią, więc już teraz chciałabym Wam złożyć świąteczne życzenia.


Kochane blogowiczki! 

Przede wszystkim życzę Wam Świąt pełnych magii! 
Pachnących choinką, pierniczkami i pełne rodzinnego ciepła! 
Zdrowia, spokoju, pogody ducha. 



Tak po prostu, banalnie - Wesołych Świąt!

wtorek, 18 grudnia 2012

Choinkowo.

Prawie tydzień czekała w mrozach na balkonie. Czekała z niecierpliwością, aż wniesiemy ją do domu, zawiesimy ozdoby, zapalimy lampki. I się doczekała! Nasza pierwsza, wspólna i wyczekana choinka :)
Poza tym, święta już tuż tuż :) A we mnie jakaś nienazwana radość, której już dawno nie było w kwestii świąt. Może dlatego, że od zeszłych świąt nie są to dla Nas już tylko zwykłe święta? A może też dlatego, że mamy choinkę, a cały weekend pachniało u Nas pierniczkami? Sama nie wiem, ale cokolwiek to jest, niech trwa jak najdłużej :)
Niestety ja nadal churchlam i smarkam i aż się Misiatemu udzieliło, bo od wczoraj niestety ma to samo, co ja :( Nafaszerowałam go lekarstwami i mam nadzieję, że się to u Niego aż tak bardzo nie rozwinie jak u mnie. Oby święta jednak były zdrowe, bo ja od wczoraj przechodzę 'ostatni' etap mojej choroby, ale chyba najgorszy - nie mam smaku ani węchu, a to dla mnie katastrofaaaa! Wszystko smakuje jednakowo, nijak... aż nie mam apetytu na samą myśl, także mam nadzieję, że szybko minie.
Uciekam już ogarnąć trochę pokój i pozostaje mi czekać na mojego Em. Już ja się Nim zajmę jak tylko wróci! Cytryna, miodek i inne specyfiki czekają w pogotowiu :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Odnaleźć szczęście.

Odnaleźliśmy szczęście. W szarej codzienności zagubiliśmy się obydwoje, przestaliśmy rozmawiać i słuchać siebie nawzajem. Tak niewiele brakowało żeby zaprzepaścić to, co Nas łączyło. Nasza miłość, która jest przecież bezgraniczna, cokolwiek by się nie działo. Tylko oboje o tym zapomnieliśmy. Na szczęście szybko udało Nam się odnaleźć. I znów jest między Nami pięknie, jest namiętność, są emocje i miłość wszechobecna. W Naszych oczach znów jest to światełko, iskierka, która powoduje, że świat już nie jest szary, ale pełen kolorowych barw. I Nasze plany są już Nasze, nie moje, nie Jego, ale Nasze. Wspólne. On zrozumiał, że trzeba rozmawiać, nawet na trudne tematy, a ja zrozumiałam, że wszystko przyjdzie w swoim czasie, że nie da się niczego przyśpieszyć. Odnaleźliśmy Nasze szczęście.

Sobotę spędziłam u mojej chrzestnej z małym J. Lubię tam przebywać. Jest to miejsce, w którym mogę odpocząć, w którym czuję się jak u siebie. Obecność małego J. sprawia, że wszystkie problemy z dorosłego życia przestają istnieć. Taka mała istotka a daje tyle radości! Jest lekarstwem na całe zło! Spędziliśmy razem fajny dzień. W niedzielę obudził mnie głos małego J.: "A gdzie jest Lena? Gdzie śpi Lena? Idziemy zobaczyć do Leny." I od razu człowiek wstaje z uśmiechem na twarzy, bo widok uśmiechniętej mordki od samego rana jest bezcenny :) Długi, piżamowy i leniwy niedzielny poranek zakończył się wraz z przyjazdem Em. Mały J. najpierw bacznie obserwował, a po minucie już rozgadany zaprosił Em. do swojego pokoiku i chłopcy zaczęli się bawić. Mały J. nazywa mojego Em. "kolejny Em.". Tak sobie wymyślił, bo w mojej rodzinie są trzy osoby o tym samym imieniu i mały żeby odróżnić, który Em. jest który, musiał sobie jakoś pomóc. Jest to urocze! Chłopcy zdążyli rozbawić się na dobre, J. stwierdził z przekonaniem, że Em. pójdzie z nim pobawić się na śniegu, zapomniał tylko o kwestii, że jeszcze tego śniegu nie ma :) Prawie się rozpłakał, kiedy zebraliśmy się do wyjścia. Ale obiecaliśmy, że niebawem znów przyjedziemy. Dostaliśmy na do widzenia całuski, piąteczkę i żółwika.
Niedzielny obiad mieliśmy zjeść u rodziców Em., a że mieliśmy jeszcze trochę czasu, wybraliśmy się na spacer nad jezioro. Szybki spacer, bo było strasznie zimno! Już czuć zbliżającą się zimę, tylko zastanawiam się, kiedy do nas zawita? Mimo wszystko, spacer oczyścił atmosferę i w dobrych nastrojach pojechaliśmy do teściów. Po południu wpadliśmy również na chwilę do moich rodziców, a potem szybkie zakupy, by jeszcze niedzielny wieczór pobyć trochę ze sobą. Tak więc z kubełkiem gruszkowego sorbetu spędziliśmy wieczór w swoich ramionach. Nie da się ukryć, że bardzo Nam tego brakowało!


J: Co to jest - siedzi na drzewie i wygląda jak wiewiórka?

Lena: Hmmmmm... nie wiem.

J: Wiewiórka! :D

niedziela, 14 października 2012

Zacisze.

Wróciliśmy, po weekendzie spędzonym w Zaciszu. Dosłownie. Tak nazywał się pensjonat i nie ukrywam, że sama jego nazwa zwróciła moją uwagę. Nie pomyliłam się, było warto. Jak było ? Pięknie. Wypoczęliśmy i naładowaliśmy akumulatory do pełna. Tylko na chwilę obecną czuję się przytłoczona zbyt szybkim powrotem do rzeczywistości. Jednak mamy oboje piękne wspomnienia. Był czas spędzony tylko we dwoje, rozmowy o Naszej przyszłości  dużo spacerów, sauna i jacuzzi z bąbelkami i co najważniejsze, cisza i odpoczynek - czyli to, czego brakowało Nam obojgu najbardziej.
Czasami brakuje słów by opisać to, co chciałoby się powiedzieć. Jak w tytule bloga - 'czyli to, czego usta powiedzieć nikomu nie chciały'. To trzeba przeżyć. Myślę, a właściwie jestem tego pewna w stu procentach, że takie wypady, nawet krótkie, potrafią zdziałać 'cuda'. Polecam to miejsce z całego serca i mam nadzieję, że jeszcze tam wrócimy. Był nawet pomysł, by właśnie tam urządzić Nasze wesele, bo oboje byliśmy, ba! jesteśmy, oczarowani tym miejscem.

piątek, 5 października 2012

Urodzinowo.

Zaliczka wpłacona, pobyt zarezerwowany, więc za tydzień o tej porze wyłączamy komórki, laptop zostaje w domu, a my jedziemy odpocząć i nacieszyć się sobą. A ciekawskich, gdzie jedziemy odsyłam tu.

No i dzisiaj urodziny mojego Łobuza:* I podobnie jak moje urodziny, Jego spędzamy wtuleni w siebie przy dobrym filmie. Dostał ode mnie kłódkę, na której napiszemy nasze imiona i datę odkąd jesteśmy razem i przyczepimy na moście:) Już dawno podobał mi się ten pomysł, a całkiem niedawno odkryłam, że takowy jest i w naszym mieście:)

poniedziałek, 1 października 2012

Październikowo. Urodzinowo.

Jeszcze nie tak dawno był maj, czerwiec a teraz mamy już październik. Lubię go, bo kojarzy mi się z polską złotą jesienią, ze stosami żółtych liści w parku, z kasztanami, z dzieciństwem... ale przede wszystkim lubię go, bo to jest mój miesiąc. 
Dokładnie 24 lata temu przyszłam na świat. Wychodzi więc na to, że dziś są moje urodziny. W zeszłym roku przepłakałam moje urodziny, twierdząc, że jestem stara, że chciałabym zatrzymać czas i cały czas mieć 22 lata. W tym roku myślałam, że będzie podobnie, ale nie jest. Nie czuję, że to właśnie dziś są moje urodziny, dzień zapowiada się jak każdy inny. Początkowo chciałam zaprosić kilka osób na gorącą czekoladę, bo znam świetne miejsce, ale jakoś oknami i drzwiami nie walili, więc odpuściłam. Nic na siłę. Jak ktoś ma ochotę, chętnie znajdę czas, by się z nim spotkać, a jak nie, to nie. Bez łaski. Tym samym stwierdziłam, że wieczór spędzimy sobie z Em sami, we dwoje. Już ustaliśmy, że odbierze mnie z pracy, może po drodze małe zakupy i zrobimy sobie jakąś pyszną kolację.
Mam kilka planów, postanowień urodzinowych, ale póki co nie będę o nich pisać. No i przede wszystkim, wczoraj zgodnie z Em stwierdziliśmy, że musimy odpocząć, tak więc dzisiaj zaczynam odliczanie do Naszego wyjazdu, który być może już w przyszły weekend.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Weselnie i nie tylko...

Po pierwsze wesele udane, po drugie jestem chora... ale może od początku.
Sobotnie popołudnie upłynęło pod hasłem "domowe spa", czyli doprowadzanie się do ogólnego porządku, malowanie paznokci, maseczki, fryzura. I wybiła godzina kiedy wypadało zacząć się ubierać, a tu trach... zachaczyłam butem o pończochę i powstała olbrzymia dziura. Pomyślałam sobie "no to pięknie". Jak mają mi się podrzeć rajstopy, zawsze stanie się to w najmniej odpowiednim momencie. Pobiegłam do rosmana na drugą stronę ulicy, wpadłam 5 minut przed zamknięciem i udało mi się kupić parę beżowych pończoch. Ruszyliśmy. Po drodze zabieraliśmy jeszcze moją kuzynkę z chłopakiem. Na miejsce dojechaliśmy 30 minut przed czasem, więc ze spokojem zdążyliśmy zanieść nasze rzeczy do pokoju i rozejrzeć się trochę. O 17 zaczęła się ceremonia w ogrodzie. Z racji takiej, że mój wujek jest rozwodnikiem, ślub był cywilny. Ten właściwy ślub para młoda wzięła w zeszłą sobotę w Urzędzie Stanu Cywilnego, a w tą sobotę ceremonia była odprawiona przez mistrza, młodzi mogli powiedzieć własne przysięgi, świadkowie swoje przemówienia i szczerze powiem, że całość wyszła przepięknie! U. wyglądała zjawiskowo, miała piękną sukienkę do samej ziemi w kolorze ecru. Reszta uroczystości przebiegła w miłej atmosferze. Było śmiesznie, wesoło i w 100% wszystko wyszło tak jak wyjść powinno. Jeszcze zapomniałam o najważniejszym. W piątek M. zapytał mnie czy nauczę go tańczyć. Zaskoczył mnie tym, oczywiście pozytywnie! Na ślubie B. i K. przesiedzieliśmy praktycznie całe wesele, bo M. jak twierdził kompletnie nie umiał tańczyć i nie dało się go w żaden sposób przekonać. Tym samym musiałam wysłuchiwać od mojej mamy, że jak to tak można, wogóle nie tańczyć. Więc tym razem moja mama była w pełnym szoku, kiedy zobaczyła mnie i M. na parkiecie. Zdołałam nauczyć M. podstawowych kroków i muszę powiedzieć, że mądry facet z tego mojego M., bo szybko wszystko załapał. Nie zdążyliśmy jedynie przećwiczyć kroków do szybkich utworów, więc te jeszcze przesiedzieliśmy. Do naszego wesela mamy jeszcze troche czasu, więc na pewno zdążymy. Już wcześniej nawet myśleliśmy o zapisaniu się na kurs tańca przed ślubem, więc pewnie tak własnie zrobimy.
Cała impreza trwała do ok. 3 w nocy, natomiast my udaliśmy sie do pokoju przed 2. Byłam już tak zmęczona, że marzyłam tylko o tym żeby się wykąpać i położyć się spać, zwłaszcza, że już wtedy pobolewało mnie gardło i nie czułam się najlepiej. Rano wstaliśmy po 8 gdyż o 9 miał się odbyć "Pierwszy Wspólny Bieg Nowożeńców". Tak, tak. Jak większość członków mojej rodziny, M. i U. trenują bieganie i poznali się właśnie biegając. Tak więc, wszyscy goście mieli towarzyszyć im w ich "pierwszym" biegu. Ja pozostałam przy spacerze z kijkami razem z moją babcią, reszta pobiegła, a część zwyczajnie sobie smacznie spała. I dumna byłam z mojego M. kiedy dowiedziałam się, że na metę dobiegł jako drugi! Strasznie byłam dumna! O 10 spotkaliśmy się na śniadaniu. Potem pakowanie, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do domu. Cały wyjazd uważam za bardzo udany, z wyjątkiem mojego stanu. Rozchorowałam się. I tak jak wczoraj rano bolało mnie tylko gardło, tak później doszedł okropny duszący kaszel i gorączka. Cała sytuacja zmusiła mnie żeby zadzwonić do B. i powiedzieć, że niestety nie dam rady zająć się małą G. Na szczęście B. okazała się bardzo wyrozumiała, G. poszła dziś do żłobka, a ja zapisałam się do lekarza. Także po południu jadę do domu i do lekarza. A teraz mam jakże romantyczny seans w łóżku z kubkiem malinowej herbaty.

wtorek, 19 czerwca 2012

M jak mieszkanie, czyli o wspólnym mieszkaniu i naszych perypetiach.

Miałam wczoraj bardzo refleksyjny wieczór i postanowiłam napisać wszystko od początku jak to się stało, że mieszkam tu gdzie mieszkam, czyli o moich perypetiach. 
Nie tak dawno, jako nastolatka, nie potrafiłam przegapić ani jednego odcinka "M jak miłość". To był zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o seriale. Zawsze oglądając ten serial, marzyłam, że i ja kiedyś jak będę na studiach będę mieszkała z przyjaciółmi tak jak w serialu. Byłam tym ogromnie zafascynowana i głównie stąd wziął się ten pomysł. Któregoś dnia, rozmawiając z koleżanką z grupy, dowiedziałam się, że będzie szukała współlokatorki. Chyba tego właśnie wtedy potrzebowałam. To był impuls, wyrwać się, być poza zasięgiem kontroli rodziców. Więc tak o to zamieszkałam z E. i z dwiema innymi dziewczynami. W sumie nasz przygoda trwała rok, a po roku zmagań z "małymi" współlokatorami (czyt. karaluchy) stwierdziłam, że to nie na moje nerwy. Z E. byłyśmy na tym samym kierunku i roku, ale w innych grupach ćwiczeniowych. Generalnie mieszkało Nam się fajnie dopóki E. nie zaczęła się kłócić ze swoim chłopakiem, potem między nami zaczęło się psuć i było różnie. Po roku mieszkania z E. wylądowałam w mieszkaniu studenckim, w pokoju jednoosobowym. Mieszkanie ogromne, na obrzeżach mieszkaliśmy w czwórkę. Po trzech miesiącach planowania wprowadził się do mnie mój M. Mieszkało Nam się generalnie dobrze, najważniejsze, że razem. Pokoik niby jednoosobowy, ale naszą dwójkę pomieścił bez problemu. Po ponad pół roku znaleźliśmy z Maciejem duży pokój z balkonem z wyjściem na ogródek, w tej samej cenie co nasz mały pokoik. Nie wahaliśmy się ani trochę. Tym bardziej, że mieszkanie było całkiem sympatyczne, najbardziej urzekła mnie kuchnia z dużą wspólną jadalnią. Z czasem jednak zaczęło wychodzić szydło z worka. Okazało się, że jedna ze współlokatorek jest straszną terrorystką. Wszystko jej przeszkadzało, chciała nami rządzić. Wyzywała mnie od szopa pracza, bo ona sama prała raz na miesiąc, ciągle chodziła w tym samym, a zapach możecie sobie same wyobrazić... masakra. To tylko jeden z nielicznych ekscesów panny K., który doprowadził do tego, że postanowiliśmy wynająć całe mieszkanie ze znajomymi. Wydawałoby się, że się dobrze znamy, że będzie nam się mieszkać idealnie. Jak bardzo się pomyliłam! Oczywiście rodzinna atmosfera była przez kilka miesięcy, wspólne obiady, rodzinne życie. Było miło, ale szybko się skończyło. Jak widać nie dane Nam jest mieszkanie z kimś. Do tego właścicielka, która pierwszy raz wynajmuje mieszkanie i jest kompletnie niezorientowana. Wszystko co robię, nie zostaje docenione (poza moim M. oczywiście). Już wcześniej mówiliśmy z M., że to będzie nasze ostatnie mieszkanie z kimś, ze potem zamieszkamy sami. Ale szczerze mówiąc myślałam, że tu trochę pomieszkamy. Cóż, los chciał inaczej. Odliczamy czas, bo od lipca nasze wspólne życie zmieni się o 360 stopni. Wynajęliśmy małą przytulną kawalerkę, w końcu sami. Jednak co najbardziej boli mnie teraz, to zachowanie dziewczyn. Niby mówią, że jesteśmy przyjaciółkami, ale chyba wg nich ta przyjaźń działa tylko w jedną stronę. Bo jak mają jakiś problem, coś jest nie tak, to momentalnie wiedzą do kogo przyjść. Pierwsze do zwracania uwag jak im się coś nie podoba, ale jak ja zwrócę uwagę to wielki foch. No niestety to działa w obie strony. Przykre to jest, ale prawdziwe niestety. Do moich przyjaciółek to im daleko, skoro nawet nie przyjdą porozmawiać. Zawsze się tym przejmowałam, taka już jestem. Bo się człowiek stara jak może, a dostaje po tyłku najbardziej.   Teraz więcej nie ma mnie w mieszkaniu niż jestem, nie mam czasu na bzdury, chociaż momentalnie ciśnienie mi do góry podchodzi jak słyszę trzaskające drzwi. Ostatnio to u nas norma, nikt nie dba, że może ktoś chciałby trochę ciszy. No cóż, teraz pozostaje to przetrwać, już tak niewiele nam zostało. Jakoś damy radę. Ale teraz wiem, że mieszkanie z kimś poza moim M. chyba nie jest dla mnie. 

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Dotrwałam do końca.

Melduję, że praca licencjacka oddana. Pozostaje mi jeszcze tylko uzyskanie dwóch wpisów, ale to czysta formalność więc muszę tylko znaleźć czas żeby to załatwić i powoli wypadałoby zacząć opracowywać materiał na obronę, która tuż tuż. Idąc za ciosem, sprawdziłam dziś serwis UAM i odkryłam, że rozpoczęli już rekrutację, więc się zapisałam.
Odliczam dni do obrony, a tymczasem lecę naładować akumulatory przed dniem jutrzejszym!

środa, 9 maja 2012

Można? Można!

Jestem z siebie o taaaaaka dumna! Skończyłam wczoraj drugi rozdział mojej pracy, tak, jak to sobie zaplanowałam w niedzielę. I dziś zaniosłam go mojemu promotorowi. No to zapowiadają się pracowite dwa najbliższe tygodnie i wielkie starania by bronić się w pierwszym terminie :)

Z tej radości i przypływu energii wysprzątałam dziś mieszkanie! A na zakończenie dnia idę do kosmetyczki na regulację i hennę brwi, bo już się tego domagają, oj tak. Mam nadzieję, że uda mi się namówić M. by zabrał mnie w sobotę gdzieś daleko stąd. Teraz przydadzą mi się maksymalnie naładowane akumulatory. 
Miłego popołudnia!

poniedziałek, 7 maja 2012

Kosmetyczna piątka.

Numer 1: BB krem od Garnier
Kupiłam, wypróbowałam i nie oddam! Jest idealny dla mojej cery i idealny na tę porę roku. Przyznam, że muszę uważać na kremy, bo niestety mam wrażliwą cerę i po niektórych wychodzą mi "straszydła" na twarzy, a z tym trafiłam w dziesiątkę! Nie dość, że spełnia moje oczekiwania, to jeszcze przepięknie pachnie :) i cena na promocji w Rosmanie również kusząca.

Nr 2: Carmex - balsam do ust
Po raz pierwszy poleciła mi go moja przyjaciółka - kosmetyczka. Przypomniałam sobie o nim kiedy mojej mamie strasznie pękały usta, nic nie pomagało, żadne maści i kremy. Wtedy kupiłam jej carmex. Efekt? Po jednym dniu widoczna poprawa! Od tamtego momentu moja mama się z nim nie rozstaje. I ja się do niego przekonałam, kiedy po zabiegu dentystycznym strasznie popękały mi kąciki ust. Rewelacja! Działa jak lekarstwo! Używam go codziennie, a on dba o moje usta :) Jedyną wadą może być specyficzny zapach, ale mi to nie przeszkadza.

Nr 3: DKNY Women - zapach
Ulubiony zapach mojej chrzestnej. Potem zaraziła się nim moja mama i na końcu ja :) Zapach dostałam w prezencie od mojej mamy. Pokochałam go od pierwszego powąchania :) utrzymuje się na skórze dość długo i nigdy się z nim nie rozstaję! Wadą może być cena... bo jest dość drogi, jak wszystkie produkty z serii DKNY, ale cena warta grzechu raz na jakiś czas. 

Nr 4: Wygładzające mleczko do ciała od Nivei 
Balsam kupiłam jakiś czas temu w Rosmanie. Idealne ukojenie dla mojej wysuszonej skóry. Jako że prostota to moje drugie imię, od razu go polubiłam, bo to najzwyklejszy balsam, bez żadnych udziwnień i do tego ładnie pachnie, a zapach na skórze utrzymuje się dość długo :) I dodatkowym atutem jest dozownik - nie musisz się męczyć z za dużą ilością wyciśniętego balsamu i o wiele wygodniejsze w użyciu.

Nr 5: All-in-1 od Nivei
Również odkryłam go w Rosmanie. Niestety nie wszystkie kosmetyki do oczyszczania twarzy były odpowiednie dla mojej skóry. Na szczęście ten, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Idealne połączenie żelu, peelingu i maski. Oczyszcza, odświeża i matuje. Nie wyobrażam sobie poranka bez niego :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Poznaj moją rodzinkę".

Piątek, godzina 20:30, kierunek Warszawa. 8 godzin spędzonych za kierownicą i o  4 dojechaliśmy do celu. Ryżki, mała wieś w lubelskim. Krótkie powitanie z rodzinką mojego Teścia i do łóżek. Podróż długa, mega zmęczeni, choć ja poczułam się zmęczona dopiero jak wysiadłam z auta. Może fakt, że kierowałam całą drogę i musiałam mieć oczy i uszy szeroko otwarte, spowodował, że zmęczenia nie czułam. Jechało mi się całkiem dobrze, raz szybciej, raz wolniej, bo pod koniec były dość gęste mgły. Zasypiamy. Pobudka o 9 rano, śniadanko i lecimy zwiedzać. Pogoda przepiękna, i jak to ja, przypiekłam sobie dekolt, który teraz jest czerwoniusieńki. Okolica, cudowna. Pola, lasy, miejscami odludzie, czyli moje klimaty :) potem godzinna, piesza wyprawa do sklepu (jedynego we wsi) po zimną mirindę - tylko my tak potrafimy. Obiadek, a po obiadku, kierunek Gręzówka czyli poznawania rodzinki ciąg dalszy, tym razem rodzinka Teściowej. Stres największy, bo chciałam wypaść jak najlepiej. 10 minut jazdy i jesteśmy. Wjeżdżamy na dość spore podwórko i witają nas: ciocia, babcia i dziadek. Jedyni dziadkowie M., bo Ci od strony taty już niestety nie żyją. Herbatka, ciacho i pogaduchy z najsympatyczniejszą 'ciocią' na świecie :) chyba od razu się polubiłyśmy. Zresztą, tu każdy o mnie słyszał nie raz. Jak Teściowa dzwoni do swojej siostry to nie raz napomknie co tam u mnie i u M. I tak mijają dwie godziny (a planowo mieliśmy być godzinę) i chcąc nie chcąc ruszamy. Dostaliśmy na drogę trochę ciasta i zaproszenie na wakacje i wspólne zbieranie jagód :). Już wcześniej rozmawiałam z M., że zamiast nad może, chciałabym przyjechać tu. Tak więc, jak wszystko dobrze pójdzie, po mojej obronie znów wybierzemy się do Gręzówki, tyle tylko, że tym razem na dłużej :) Wieczorem zaczął padać deszcz, ale dalej było potwornie duszno. Padłam koło 22, przyłożyłam głowę do poduszki i tyle mnie było. Rano pobudka i znów świeci słońce. Oczywiście jak to my, chcieliśmy pójść do sklepu, a ten na wsi od 10, więc wsiedliśmy w autko i pojechaliśmy do miasta. Koło 12 zabraliśmy tatusia M. i pojechaliśmy na cmentarz do jego rodziców. Potem obiadek i wyjazd ok. 15.30. Planowo mieliśmy ruszać w południe, ale wszystko Nam się przeciągnęło. Ruszyliśmy. Tym razem 6 godzin i tak o 22 odstawiliśmy tatusia do domku i sami ruszyliśmy do siebie. Szybki prysznic i spać, bo M. wstawał na 5 do pracy.
Wrażeń sporo. Oczywiście same pozytywne. I ogromna chęć powrotu w te strony. No i jak się okazało, więcej strachu niż potrzeba, bo wszyscy przyjęli mnie miło i serdecznie, czyli z otwartymi ramionami :)
I na koniec krótki dialog powitalny mojego Teścia i jednego z jego braci:
Teść: Dobrze Cię widzieć Ziemniaku!
W: Ciebie też Pyrko!
T: Ty mąko ziemniaczana!
W: Ty mąko pyrna!
:) i tyle w temacie jak się Pyra z Ziemniakiem spotkała :)