poniedziałek, 23 lipca 2012

Weselnie i nie tylko...

Po pierwsze wesele udane, po drugie jestem chora... ale może od początku.
Sobotnie popołudnie upłynęło pod hasłem "domowe spa", czyli doprowadzanie się do ogólnego porządku, malowanie paznokci, maseczki, fryzura. I wybiła godzina kiedy wypadało zacząć się ubierać, a tu trach... zachaczyłam butem o pończochę i powstała olbrzymia dziura. Pomyślałam sobie "no to pięknie". Jak mają mi się podrzeć rajstopy, zawsze stanie się to w najmniej odpowiednim momencie. Pobiegłam do rosmana na drugą stronę ulicy, wpadłam 5 minut przed zamknięciem i udało mi się kupić parę beżowych pończoch. Ruszyliśmy. Po drodze zabieraliśmy jeszcze moją kuzynkę z chłopakiem. Na miejsce dojechaliśmy 30 minut przed czasem, więc ze spokojem zdążyliśmy zanieść nasze rzeczy do pokoju i rozejrzeć się trochę. O 17 zaczęła się ceremonia w ogrodzie. Z racji takiej, że mój wujek jest rozwodnikiem, ślub był cywilny. Ten właściwy ślub para młoda wzięła w zeszłą sobotę w Urzędzie Stanu Cywilnego, a w tą sobotę ceremonia była odprawiona przez mistrza, młodzi mogli powiedzieć własne przysięgi, świadkowie swoje przemówienia i szczerze powiem, że całość wyszła przepięknie! U. wyglądała zjawiskowo, miała piękną sukienkę do samej ziemi w kolorze ecru. Reszta uroczystości przebiegła w miłej atmosferze. Było śmiesznie, wesoło i w 100% wszystko wyszło tak jak wyjść powinno. Jeszcze zapomniałam o najważniejszym. W piątek M. zapytał mnie czy nauczę go tańczyć. Zaskoczył mnie tym, oczywiście pozytywnie! Na ślubie B. i K. przesiedzieliśmy praktycznie całe wesele, bo M. jak twierdził kompletnie nie umiał tańczyć i nie dało się go w żaden sposób przekonać. Tym samym musiałam wysłuchiwać od mojej mamy, że jak to tak można, wogóle nie tańczyć. Więc tym razem moja mama była w pełnym szoku, kiedy zobaczyła mnie i M. na parkiecie. Zdołałam nauczyć M. podstawowych kroków i muszę powiedzieć, że mądry facet z tego mojego M., bo szybko wszystko załapał. Nie zdążyliśmy jedynie przećwiczyć kroków do szybkich utworów, więc te jeszcze przesiedzieliśmy. Do naszego wesela mamy jeszcze troche czasu, więc na pewno zdążymy. Już wcześniej nawet myśleliśmy o zapisaniu się na kurs tańca przed ślubem, więc pewnie tak własnie zrobimy.
Cała impreza trwała do ok. 3 w nocy, natomiast my udaliśmy sie do pokoju przed 2. Byłam już tak zmęczona, że marzyłam tylko o tym żeby się wykąpać i położyć się spać, zwłaszcza, że już wtedy pobolewało mnie gardło i nie czułam się najlepiej. Rano wstaliśmy po 8 gdyż o 9 miał się odbyć "Pierwszy Wspólny Bieg Nowożeńców". Tak, tak. Jak większość członków mojej rodziny, M. i U. trenują bieganie i poznali się właśnie biegając. Tak więc, wszyscy goście mieli towarzyszyć im w ich "pierwszym" biegu. Ja pozostałam przy spacerze z kijkami razem z moją babcią, reszta pobiegła, a część zwyczajnie sobie smacznie spała. I dumna byłam z mojego M. kiedy dowiedziałam się, że na metę dobiegł jako drugi! Strasznie byłam dumna! O 10 spotkaliśmy się na śniadaniu. Potem pakowanie, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy do domu. Cały wyjazd uważam za bardzo udany, z wyjątkiem mojego stanu. Rozchorowałam się. I tak jak wczoraj rano bolało mnie tylko gardło, tak później doszedł okropny duszący kaszel i gorączka. Cała sytuacja zmusiła mnie żeby zadzwonić do B. i powiedzieć, że niestety nie dam rady zająć się małą G. Na szczęście B. okazała się bardzo wyrozumiała, G. poszła dziś do żłobka, a ja zapisałam się do lekarza. Także po południu jadę do domu i do lekarza. A teraz mam jakże romantyczny seans w łóżku z kubkiem malinowej herbaty.