wtorek, 31 grudnia 2013

Święta i po świętach.

Święta minęły bardzo szybko. Niestety w tym roku były zasmarkane i kaszlące. Na szczęście czuję się już lepiej, a święta mimo wszystko spędziliśmy w rodzinnym gronie. W Wigilię mieliśmy też małą rocznicę, minęły Nam dwa lata od zaręczyn. I co najważniejsze, chyba udało mi się odstresować, zapomnieć na chwilę o pracy i polenić. A teraz mamy już Sylwester, Nowy Rok... a ja się pytam kiedy ten czas tak szybko zleciał? Jutro będziemy już o rok starsi a ja wciąż nie wiem, czy mam się cieszyć... czasami czas ucieka mi przez palce a ja nic nie mogę zrobić... 
Jaki był ten stary, mijający rok? Na pewno nie był łatwy. Dużo się wydarzyło, tych złych, ale i tych dobrych chwil też było sporo... Zaczynając od stycznia, w tym miesiącu wybraliśmy datę Naszego ślubu i od tego czasu zaczęło się planowanie i pomału załatwianie pierwszych formalności. Przez ten rok zarezerwowaliśmy salę na ślub, kościół, mamy też DJ-a i fotografa, krawcową, która uszyje mi suknię i nauki przedmałżeńskie.Tak więc jeszcze tylko poradnia przedmałżeńska, wybieranie zaproszeń, obrączki, garnitur... Mam nadzieję, że ze wszystkim zdążymy bez nerwów i niepotrzebnych stresów. 
Marzec już nie był dla mnie tak szczęśliwy jak styczeń. W marcu poszłam na badania kontrolne do szpitala i wróciłam z nogą w gipsie. To był dla mnie ciężki czas, ale z pomocą bliskich osób dałam radę, choć do teraz jest gdzieś we mnie lęk. 
Początek czerwca również nie zaczął się zbyt fajnie... pamiętne wesele N., gdzie włożyłam całe swoje serce w przygotowania, by im pomóc, poprzestawiałam wszystkie swoje sprawy i nie usłyszałam nawet dziękuję, tylko pretensje. Potem dowiedziałam się, że ta sama osoba, którą znam od kilku ładnych lat wcale nie jest moją przyjaciółką i okłamywała mnie od samego początku. Przeżywałam wewnętrzną gehennę przez kilka miesięcy, ale myślę, że w końcu udało mi się zakończyć ten rozdział. 
W połowie września dostałam pierwsza pracę w zawodzie, ogromna radość, bo straciłam już nadzieję, że ktokolwiek da mi szansę. I ostatnie trzy miesiące starego roku to głównie praca, uczelnia, obowiązki domowe, czyli cały czas na wysokich obrotach, ale jak patrzę teraz na to wszystko z dystansu to dochodzę do wniosku, że nie było tak źle. Na początku grudnia złapałam jakieś choróbsko, które gdzieś tam jeszcze we mnie siedzi, ale skutecznie próbuję się go pozbyć. 
A jaki będzie nadchodzący 2014 rok? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że lepszy niż ten mijający:) Na pewno będzie wyjątkowy, ze względu na przygotowania i ślub, na który już się nie możemy doczekać. 2014 to także moja planowana obrona magisterki. W grudniu odbiór Naszego własnego mieszkania. 
Czego sobie życzę?
-by stary rok stał się zamkniętym rozdziałem, by nie wracały już te sprawy, o których nie chcę pamiętać
-by nowy rok był lepszy
-jeszcze lepszej organizacji w życiu, pracy, na uczelni...
-zdania styczniowego egzaminu pnja
-napisania pracy magisterskiej w terminie i obrony
-pięknych wspomnień z przygotowań do ślubu
-aby nasz wyjątkowy dzień, właśnie taki był - wyjątkowy i pełen pozytywnych emocji
-chciałabym przestać palić, póki co jestem na dobrej drodze
-chciałabym w końcu poprawić swoje wyniki, a przede wszystkim schudnąć
-i chciałabym w tym całym natłoku przeróżnych spraw mieć jeszcze czas dla siebie, dla Nas, by pielęgnować Naszą miłość.
To te ważniejsze życzenia, moje priorytety, które wiem, że są realne i możliwe do spełnienia, wystarczy chcieć, bo w większości zależą ode mnie i mam nadzieję, że dam z siebie wszystko, by się spełniły. 

A czego życzę Wam?
Spełnienia marzeń przede wszystkim! Tych małych i tych dużych, tych oczywistych i tych skrywanych na samym dnie Waszych serc:) Życzę Wam dużo miłości w tym nowym roku, wewnętrznej stabilizacji, siły by dzielnie stawiać czoła różnym przeciwnościom, choć mam nadzieję, że będzie ich jak najmniej. I życzę Wam, żebyście zawsze były takie, jakie jesteście i żeby zawsze była okazja do spotkań, nie tylko tych wirtualnych:)
Kochane, Szczęśliwego Nowego Roku!


środa, 25 grudnia 2013

Świątecznie


Kochane, z całego serca życzę Wam magicznych Świąt Bożego Narodzenia. Niech trwające Święta przyniosą Wam wiele radości, spokoju, odpoczynku... Życzę Wam pełnych brzuszków, prezentów pachnących choinką i miłości, dużo miłości. Wszystkim i każdemu z osobna życzę Wesołych Świąt:*

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przed świątecznie.

Do Świąt został już tylko jeden dzień. Od piątku mam wolne. Ostatni okres nie był dla mnie łatwy, praca, uczelnia i inne obowiązki. Byłam już tym wszystkim zmęczona i mam nadzieję, że właśnie przez te kilka wolnych dniu uda mi się naładować akumulatory. 
A to, że mam wolne, wcale nie znaczy, że leniuchuję. Wręcz przeciwnie. Jak zawsze wszędzie mnie pełno, ale obiecałam sobie, że zwolnię i wyluzuję. 
Skończyliśmy już nauki przedmałżeńskie. Rany, jak ten czas szybko leci! W piątek byliśmy podpisać umowę z fotografem i krawcową, więc w kwestii ślubu mamy na chwilę spokój. Między Świętami a Nowym Rokiem poumawiałam się na przymiarki sukienek. Niby jakiś swój typ mam, ale ciągle się u mnie coś w tej kwestii zmienia, więc muszę poprzymierzać i upewnić się czy ta, czy inna. Będzie mi towarzyszyć Nina, więc mam nadzieję, że przy okazji spędzimy razem miły dzień :)
Choinka wylądowała na balkonie. Kupiliśmy środek na mrówki, obsypaliśmy całą ziemię w doniczce. Wczoraj zdecydowaliśmy się wnieść choinkę do środka, a dziś rano wstaję i pełno mrówek biega po podłodze:/ nosz myślałam, że szlak mnie trafi. Dziś bezapelacyjnie choinka ląduje na dworze, no trudno, chciałam dać jej szansę. W tym roku więc muszą nam wystarczyć pozostałe świąteczne dekoracje, choinka to nie wszystko, już nie będę biegała szukając choinki na siłę. Mamy mnóstwo do zrobienia. Po powrocie do domu czeka nas gruntowne sprzątanie pokoju, bo świąt z mrówkami spędzać nie chcemy. Będę dziś robiła bigos i sałatki a jutro rano upiekę sernik. Na Wigilię jedziemy do moich rodziców, potem do dziadków na kawę i prezenty i do rodziców Em.
Dzisiaj jestem na etacie niani z moją małą G., jak za starych czasów :) będziemy piekły dziś ciasteczka cynamonowe, więc mała będzie miała frajdę. Do 16 pobędziemy razem, a potem wracam do domu i trzeba brać się do roboty, bo daleko w polu jesteśmy, przez nieproszonych intruzów. Mam nadzieję, że jutro po południu w końcu sobie usiądę, odpocznę i nigdzie nie będziemy musieli pędzić. Pewnie zdążę się tu jeszcze pojawić, by złożyć Wam świąteczne życzenia :)

niedziela, 15 grudnia 2013

Święta bez choinki.

Tak się cieszyłam na zbliżające się święta... głównie duchowo, ale też z powodu zapachu pierniczków i choinki w doniczce. No to mam co chciałam. W sobotę, w drodze powrotnej z uczelni kupiłam piękną choinkę i ile się namęczyłam, żeby dotachać ją do domu... założyłam lampki, zawiesiłam bombki i ozdoby i tak sobie stała jeden dzień. Teraz stoi rozebrana na balkonie, bo... okazało się, że w naszej choince jest mrowisko i inne robale! Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam, w zeszłym roku mieliśmy choinkę w doniczce i u mnie w domu odkąd pamiętam zawsze była choinka w doniczce... zauważyliśmy, że coś jest nie tak jak się ziemia "sama" zaczęła wysypywać, a właściwie to taki żwirek... nosz zła jestem i żal mi, bo jednak trochę kosztowała ta nasza choinka i nie wydam kolejnych pieniędzy na kupno nowej, więc będziemy mieli święta bez choinki. Już mi wszystko jedno. 

Jestem już przemęczona. W zeszłym tygodniu miałam taki maraton w pracy, że ledwo ogarniałam, do tego wszystkie inne sprawy. W tym tygodniu kończymy już nauki przedmałżeńskie, nawet nie wiem kiedy zleciały te trzy tygodnie, bo dopiero co był początek grudnia. Ale jeszcze tylko tydzień, a potem do końca roku w końcu odpocznę, nabiorę dystansu i nadrobię wszystko to, na co nie miałam ostatnio czasu. 
Weekend minął nawet nie wiem kiedy, bo cały weekend zajęcia. W sobotę skończyłam zajęcia wcześniej i wyciągnęłam Em. do Ikei na zakupy. Pod choinkę od moich rodziców kupiliśmy sobie w końcu małżeńską kołdrę, wymieniliśmy od razu poduszki na nowe i jeszcze przygarnęliśmy nową pościel:) także z zakupów byłam zadowolona:) a na koniec dnia poszalałam i w końcu kupiłam sobie nowy telefon. Trochę mnie Em. namówił, że w końcu mam prawo, że mi się należy, no i mnie przekonał:) o to on klik. Trochę czasu minie zanim się przyzwyczaję, ale myślę, że będzie nam się dobrze ze sobą "współpracować":) 
Dzisiaj urwałam się z ostatniego wykładu, jakoś nie miałam ani nastroju ani ochoty na dłuższe siedzenie, zwłaszcza, że wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu artykułu na zajęcia, a dzisiaj wykładowca nagle zmienił koncepcję i zrobił zupełnie inny temat. 
Od jakiegoś czasu rozglądam się za autkiem, żebym w końcu mogła być niezależna. Byliśmy dziś oglądać jedno auto... brak słów! Auto w stanie tragicznym, na szczęście wiedzieliśmy co sprawdzać, bo tak nawet byśmy nie wiedzieli, że tyle w nim usterek... a kobieta, która próbowała nam je wcisnąć... porażka... aż mi jej potem żal było. No nic będziemy szukać dalej, aż coś fajnego znajdziemy. 
I na naszym parapecie zamieszkały wczoraj trzy małe kaktusiki:) ciekawe czy wytrwają ze mną:P niby Em. ma się nimi "opiekować", bo to on chciał, no ale zobaczymy, bo ja ręki do kwiatów niestety nie mam - albo zasuszę albo przeleję. Niby to kaktus, ale ja zdolna jestem. 

środa, 11 grudnia 2013

Po marudzę sobie.

Dopadła mnie jesienno-zimowa chandra. Generalnie wstałam dziś lewą nogą w złym humorze i czuję się tak jak dzisiejsza pogoda za oknem. I ogólnie zbliża mi się @ więc chyba dalej wyjaśniać nic nie muszę. 

Czekam na święta, jak nigdy! Marzę, że sobie odpocznę choć trochę, że będę mogła poleniuchować i pobyć z Em. i w pełni się Nim nacieszyć. Bo ostatnio się mijamy, nie  mamy czasu żeby usiąść i tak po prostu pobyć razem. W tym tygodniu mam ręce pełne roboty, bo odrabiam zajęcia z zeszłego tygodnia, więc od poniedziałku do piątku na pełnych obrotach i w weekend mam zajęcia, a nawet nie mam czasu się uczyć. A tu i zaliczenie i tłumaczenie trzeba zrobić i pytam się kiedy to wszystko ogarnę? A no jakoś ogarnę, ale po marudzić trochę muszę. Więc czekam na święta, odliczam dni. Czuję, że w tym roku jakoś tak duchowo bardziej czuję te święta. Być może przez to, że zaczęliśmy chodzić do kościoła i te coniedzielne msze tak na mnie działają? Kiedyś nie wynosiłam nic z obecności w kościele, teraz wsłuchuję się w słowa ewangelii i kazania, rozmyślam. Myślę, że po prostu teraz w końcu dojrzałam do tego by w pełni uczestniczyć we mszy i po raz pierwszy od kilku lat czuję potrzebę pójścia do spowiedzi. Wiara jest sprawą indywidualną, tak jak to, czy chodzimy do kościoła czy nie. Po prostu poczułam potrzebę podzielenia się z Wami tym, co czuję, a czuję, że wiele się we mnie mieniło od strony duchowej, oczywiście w pozytywnym sensie. Dodatkowo, chodzimy na nauki przedmałżeńskie, zostały Nam jeszcze dwa spotkania do końca. Powiem tak, że niektóre rzeczy faktycznie dają do myślenia, ale z niektórymi poglądami wygłaszanymi przez różne osoby absolutnie się nie zgadzam, tak jak z antykoncepcją. Tu też wszystko jest sprawą indywidualną, każdy ma prawo do własnego zdania, własnych wyborów i po prostu w tej kwestii mam inne zdanie i mam do tego pełne prawo. Tak jak słucham niektórych rzeczy, czuję, że marnujemy Nasz czas, i takie samo zdanie ma większość osób na kursie, bo niektóre rzeczy są tak oczywiste, a poza tym jak przychodzi dziewczyna w moim wieku i prowadzi wykład jak wychowywać dzieci... no proszę Was.. Tak na prawdę tylko z jednej katechezy coś wyniosłam, dała mi do myślenia, a reszta to suche fakty, z którymi absolutnie się nie zgadzam, albo po prostu są oczywiste. 

Od rana jestem u rodziców i prawdopodobnie zostanę do piątku, bo mam zajęcia do późnego popołudnia i nawet nie mam jak wrócić do siebie. Jak już nie wytrzymam to wezmę auto od taty i pojadę, ale tu jest problem, że żeby u nas zaparkować po godzinie 15 to graniczy z cudem... ale najwyżej postawię na płatnym strzeżonym parkingu i tyle. Jestem rozdarta przez to, że muszę zostawać u rodziców, bo wiem, ile u siebie mam do zrobienia i wszędzie dobrze, ale w domu przecież najlepiej. A jak jadę do rodziców, to dużo muszę ze sobą zabrać a i tak wszystkiego nie jestem w stanie. Więc dzisiaj pewnie zostaję u rodziców, może usiądę i się pouczę, ale znając moje szczęście, to dostanę okres i pójdę spać. Wiem, maruda dziś jestem, ale czasem każdy ma do tego prawo.


sobota, 7 grudnia 2013

Prezenty i inne.

Pieprzony Ksawery wywołał u nas wczoraj armagedon. Co chwile burze śnieżne, momentami świata nie było widać. Dziś od rana słonecznie i wietrznie, mam nadzieję, że pogoda się poprawi, bo już po jednym dniu mam dość takiej zimy. 
Wczoraj miałam wizytę kontrolną u lekarza, jak wyszłam rano z domu i zobaczyłam te oblodzone chodniki to chciałam się cofnąć z powrotem. Tak jak myślałam, mam blokadę po zeszłorocznym wypadku i na widok oblodzonych chodników dostaję dreszczy. Jakoś udało mi się dotrzeć na wizytę, wparowałam do przychodni w ostatniej chwili. I jak zawsze po badaniu ginekologicznym, wyszłam cała obolała. No nie lubię tego, ale jak trzeba to trzeba, na szczęście tylko raz w roku. 
W czwartek naszło mnie na pieczenie, miały być pierniczki, ale upiekłam cynamonowe ciasteczka i jak na pierwszy raz to mi się udały:) i pierwszy raz wyszły miękkie! Bo ciasto podobne jak na pierniczki, a zawsze wychodziły mi twarde i chrupiące, a teraz miękkie:) więc z wypieków jestem zadowolona. Teraz pora na pierniczki, może w weekend się uda upiec pierwszą turę, która pewnie i tak świąt nie doczeka, bo Em. wcina, aż mu się uszy trzęsą. A mi się serce raduje, bo znaczy, że smakują:) Po cynamonowych ciasteczkach praktycznie zostało tylko wspomnienie. 
W środę wieczorem dostaliśmy wiadomość, że na świat przyszła Pola:) moja kolejna mała kuzynka. Już u Nas jest dwójka takich maluchów, Jaś i Gabi, którzy mają 3 latka... wiekowo to jestem dla nich prawie jak ciocia:) teraz z całego kuzynostwa to ja jestem cały czas najstarsza, a Pola najmłodsza, łącznie jest nas siedmioro, więc dziadkowie mają całkiem sporą gromadkę wnuków, bo przez długi czas była tylko czwórka. Teraz to już chyba czas na moje własne maluszki, bo już raczej się nie zapowiada więcej maluchów u nas w najbliższym czasie, chociaż nigdy nic do końca nie wiadomo:)
Wczoraj były Mikołajki, Ksawery popsuł nam trochę plany, bo gdyby nie on, to Em. byłby w domku dużo wcześniej i moglibyśmy trochę poświętować, ale cóż, mówi się trudno. Usiadłam wczoraj i myślałam nad prezentami gwiazdkowymi i jestem całkiem zadowolona, bo dla każdego już mam pomysł. Jak dobrze pójdzie, to dziś zamierzam kupić niektóre z nich. Dla mamy książka klik i spieniacz do mleka klik. Dla brata słuchawki, które ma sobie sam wybrać a ja od niego dostanę podkładki klik. Tacie kupujemy brakujące filmy do pełnej serii Gwiezdnych Wojen, bo brakują mu części 1-3, a to mógłby oglądać w nieskończoność. No i najważniejsze, dla mojego Em. na pewno książka klik i coś jeszcze do tego, ale to już nie będzie problemem. Największy problem stanowił tata, bo z nim zawsze wszyscy mają największy problem i nigdy nie wiadomo, co by mu się przydało. Myślę, że każdy z prezentów będzie zadowolony:)
Coraz bliżej święta... trzeba się wybrać po żywą choinkę, niech już pachnie u Nas świętami:) Miłego weekendu!

czwartek, 5 grudnia 2013

Chmury u nas od wczoraj śniegowe, ale śnieg padać nie chce. Za to chce się spać cały dzień, jak tak szaro za oknem. Dziś czuję się już lepiej, na szczęście przeziębienie odpuszcza... mam tylko nadzieję, że Em. nie zdążył się zarazić, bo dziś rano coś mi kaszlał.
We wtorek wstaliśmy z samego rana i pojechaliśmy do notariusza. Trochę to trwało, ale wyszliśmy z podpisanym aktem notarialnym, więc można powiedzieć, że jedną nogą stoimy już w Naszych czterech ścianach. Po wizycie w kancelarii podjechaliśmy po dokumenty potrzebne do kredytu, więc w najbliższym czasie ruszymy z całą tą papierkową formalnością, żeby złożyć w banku wniosek o kredyt. Zdolność kredytową pani w banku Nam potwierdziła, więc mam nadzieję, że problemów żadnych robić teraz nie będzie. 
Udało mi się przed pracą odwiedzić lekarza rodzinnego. Obejrzał gardło, oczywiście miał zastrzeżenia co do wielkości moich migdałów, ale ostatecznie nic szczególnego nie powiedział. Zapisał antybiotyk i kilka innych lekarstw i na tym się skończyło. W zasadzie to dłużej czekałam w kolejce przed gabinetem niż trwała cała wizyta. W aptece antybiotyku nie mieli, więc zamówiłam i do odbioru ma być dziś, choć się zastanawiam, czy jest sens go kupować, skoro czuję się już lepiej, a u mnie kuracja antybiotykowa zawsze kończy się jakimś niemiłym zakażeniem lub zapaleniem dróg moczowych pomimo, że biorę zawsze florę bakteryjną. Więc sama nie wiem, czy brać, czy zrezygnować.
Po wizycie od lekarza Em. podwiózł mnie do pracy. I to był błąd, bo trzech godzinach mówienia, myślałam, że umrę, nie dość, że od tego światła sztucznego łzawiły mi oczy to gardło sobie tak nadwyrężyłam, że ledwo pod koniec mówiłam. I tak odwołałam dwa kolejne zajęcia, bo już bym nie dała rady. Automatycznie środę i czwartek wzięłam wolne w pracy i zajęcia z tych dni odrobię po prostu w innym terminie, chociaż tak się udało z szefową załatwić, bo ta od razu przeżywała, że może jednak dam radę, bo potem będę musiała to odrobić... ale się postawiłam, że męczyć się nie będę, biorę wolne i tyle. 
Po pracy Em. mnie odebrał i pojechaliśmy na drugie spotkanie do kościoła na nauki przedmałżeńskie. Dwa spotkania za Nami, cztery przed Nami, bo łącznie jest ich 6 i całość trwa 3 tygodnie, tak więc jeszcze przed świętami, będziemy już po. 
Ponieważ we wtorek mieliśmy trochę do załatwienia, Em. wziął w pracy wolne, ale wieczorem już telefon dzwonił, czy pojechałby na noc w trasę po towar pod Warszawę. Po krótkiej wymianie spojrzeń, Em. powiedział, że jedziemy. Wahałam się, myślałam, że może zostanę w domu, bo nie wiedziałam jak będę się czuła, ale dobrze, że pojechałam, bo pilnowałam Em. całą noc, żeby nie zasnął jadąc, a w domu bym się zamartwiała. Więc jak wróciliśmy wczoraj do domu po południu, to tylko prysznic i spać. Em. był już tak padnięty, że minuta i go nie było. A dziś znów do pracy i pewnie wróci późnym popołudniem. 
A ja dziś odpoczywam, choć tak jak pisałam, już czuję się lepiej, głowa na szczęście nie boli, więc można już jakoś funkcjonować. Planów żadnych nie mam, chcę trochę odpocząć, bo od przyszłego tygodnia już normalnie do pracy i znów trzeba będzie przyśpieszyć. 
Święta coraz bliżej, jutro mikołajki, i tak za mną chodzi, żeby już upiec pierwsze pierniczki:) No zobaczymy jak się będę czuła, to może po południu podjadę po zakupy i jutro będę piec:) 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Grudniowo i chorobowo.

Grudzień powitałam z zawalonymi migdałami, zapchanym nosem i pękającą głową. Za dużo się chwaliłam, że w tym roku nie byłam jeszcze chora, no to mam za swoje. Od kilku dni mam namiętny romans z malinową herbatą, chusteczkami i lekarstwami. Martwię się, że nic mi nie pomaga, ani na gardło, ani na katar, więc chyba wizyta u lekarza nieunikniona, tyle że nie mogę sobie pozwolić na żadne L4, bo nie będę miała kiedy tych wszystkich zajęć odrobić.

Odpuściłam sobie cały weekend na uczelni i nie poszłam na zajęcia. Dziwi mnie tylko to, że nikt się nie zainteresował moją nieobecnością, tak jakoś smutno się zrobiło, zwłaszcza, że w grupie są dziewczyny, które znam już dłużej i mamy powiedziałabym relacje więcej niż koleżeńskie, ale jak widać znów się przeliczyłam. Przyjaciół poznaje się w biedzie, a więc zostałam z Em., który dzielnie znosi moje marudzenie. 

Dzisiaj siedzę w domku i nawet nosa za drzwi nie mam zamiaru wystawiać. Ponoć zimno i strasznie ślisko dziś u Nas. Martwię się jak zwykle o Em., bo jak takie warunki na drodze, to musi jechać ostrożniej, obiecał, że będzie, no ale ja i tak się martwię, bo nie zawsze wszystko od nas samych zależy. 
W planach na dziś małe porządki, muszę przygotować zajęcia na jutro, bo jutro od rana jedziemy do notariusza i potem Em. mnie prosto do pracy zawiezie więc nie będzie czasu. No i wieczorkiem jeszcze wybieramy się do kościoła, dziś pierwsze spotkanie, czyli zaczynamy nauki przedmałżeńskie.

Mam nadzieję, że obejdzie się bez wizyty u lekarza, w co jednak wątpię... nie wiem jak dociągnę do końca tygodnia, jak to dopiero początek, bo już mam dość. Na moje nieszczęście, lekarza rodzinnego nie mam na miejscu, więc może jutro, jak pojadę do pracy, to może uda się przed pracą