We wtorek po południu na szczęście wypuścili mnie do domu. Chcieli mnie przetrzymać do środy lub czwartku, ale się nie dałam i pozostałe dwa badania zrobili mi we wtorek więc mogłam wyjść do domku. Jeszcze nie mam wszystkich wyników, bo na niektóre trochę trzeba poczekać.
Pewnie część z Was już wie, że do domu wróciłam z nogą w gipsie. Tak, skręciłam sobie rzepkę w kolanie, dlatego tak mnie tu mało, bo głównie śpię pod wpływem silnych leków. W dodatku przy wypisie nie dowiedziałam się nic, poza tym co wiedziałam już wcześniej. Może reszta wyników da jakiś nowy trop, bo na chwilę obecną nadal nic nie wiadomo. Podłamałam się we wtorek, zdecydowanie miałam jeden z gorszych dni. Dostałam kule, które w ogóle nie chciały ze mną współpracować, zostałam strasznie pokłuta na rękach jak usiłowali założyć mi wenflon (a żyły to ja mam tragiczne, prawie w ogóle ich nie mam) i na koniec dowiedziałam się, że nadal nie wiadomo co mi jest.
Na szczęście jak tylko wróciłam do domu, Em. się mną zaopiekował. Pomógł mi się umyć i przebrać i od razu zrobiło mi się znacznie lepiej. Sam fakt, że już jestem w domu, w swoim łóżku. B. dwa dni przyjeżdżała robić mi zastrzyki w brzuch, żeby nie powstał zakrzep, a wczoraj już zrobiłam sobie sama. Wbrew pozorom nic nie boli, nawet wkłucia nie czuć. Póki co moje królestwo to łóżko, w którym spędzam większość czasu. Opanowałam już samodzielne wstawanie z łóżka i drogę z łóżka do wc i z powrotem. Wbrew pozorom, muszę się ruszać, oczywiście w granicach rozsądku, ale ważne jest, żeby noga nie straciła sprawności, bo wtedy kaplica. Tak więc uczę się używać kul, ręce bolą, bo nie przyzwyczajone. W dodatku przeszkadza mi ten gips, bo się przesuwa, noga mnie swędzi a podrapać nie ma się jak. Na szczęście jeszcze tylko trochę ponad tydzień, potem wizyta u ortopedy i może się zlitują i pozwolą zamienić gips na stabilizator, bo sześciu tygodni z gipsem to ja nie wytrzymam.
Byłam wczoraj u rodzinnego po zwolnienie. Postanowiłam, że na uczelnię będę chodzić tylko na ćwiczenia, żeby nie robić sobie zbyt dużych zaległości a wykłady sobie odpuszczę, przynajmniej te dzisiejsze, bo do czasu aż nie będę miała stabilizatora, ciężko by mi było usiąść z wyprostowaną nogą w wąskich ławkach.
Tak więc, leżę, trochę chodzę i wkurzam się sama na siebie, że nie mogę robić nic! Tyle miałam zaplanowane po powrocie ze szpitala i wszystko się posypało. Nawet posprzątać nie mogę! Trzeba mieć naprawdę pecha, musiałam nieźle nagrzeszyć... ale szczęście w nieszczęściu noga nie jest złamana i wszystko stało się na terenie szpitala więc miałam natychmiastową i fachową pomoc.
Więc nawet planować już nic nie mogę póki co. Jutro Em. podrzuci mnie na uczelnię, nie chciałam opuszczać ćwiczeń, zwłaszcza, że mam kolokwium. Na szczęście zajęcia mam do 13, więc tyle mam nadzieję, że wytrzymam. Nic, lecę się pouczyć słówek, bo niewiele jeszcze umiem. Mam nadzieję, że będzie mnie tu więcej.