sobota, 24 grudnia 2011

Zaręczeni!

Oficjalnie melduję się jako szczęśliwa narzeczona :*
Nasz najpiękniejszy dzień i bezgranicznie szczęśliwi.

24 grudnia 2011

czwartek, 22 grudnia 2011

Podsumowanie.

Początek zimy i sypnęło śniegiem. Wiem, że niedługo zmieni się on w pośniegowe błoto i zniknie. Ale potem znów spadnie śnieg. Zaczęłam czuć zbliżające się święta. Może dlatego, że będą one dla Nas wyjątkowe i zaczniemy nowy etap w Naszym życiu. Wiem, że podsumowania robi się zazwyczaj przed Nowym Rokiem, ale dlaczego nie zrobić takiego podsumowania przed świętami?
Mam 23 lata. Co takiego zmieniło się w moim życiu? Mam za sobą dzieciństwo, i choć zawsze wydawało mi się, że przeminęło ono za szybko, że zbyt wcześnie moje lalki znalazły swoje miejsce w piwnicy, pora się z tym pogodzić. Mam za sobą dobre dzieciństwo, mimo wszystko. Niczego mi nie brakowało, no może kilku mniej lub bardziej ważnych rzeczy, ale miałam, mam, przy sobie wspaniałych rodziców, może nie zawsze potrafiłam to docenić, ale byli przy mnie zawsze. Mam brata, dwa lata młodszego. I choć przez długi czas żyliśmy jak 'pies z kotem' od jakiegoś czasu nasze relacje są o wiele lepsze. Mam za sobą buntowniczy okres dorastania. Fakt, dałam rodzicom popalić, zwłaszcza mamie. Mam za sobą mnóstwo podjętych decyzji, i tych słusznych i tych błędnych również. Mam za sobą związek. Toksyczny związek, który nauczył mnie wiele. Jako siedemnastolatka zakochałam się po raz pierwszy, tak naprawdę. Zauroczyłam się i nie widziałam świata poza nim. Ślepo brnęłam w coś, co wtedy wydawało się być najwspanialsze, coś, co jak sądziłam, było całym moim światem. Po kilku latach, dokładnie po czterech, zrozumiałam, że chcę od życia czegoś więcej, że zasługuję na więcej i przede wszystkim, że stać mnie na więcej. Dostałam od życia wielkiego kopa w tyłek i wielki bagaż doświadczeń. Ale zaraz potem dostałam mojego M., który pomógł mi zbudować mój świat od nowa, na nowych fundamentach. Nasz świat. I znów życie nabrało sensu, znów zaczęłam się śmiać. I wiedziałam, że M. jest wynagrodzeniem całego zła. Razem, krok po kroku budowaliśmy Nasz związek. Były spotkania, wspólnie spędzany czas, wspólne wieczory, noce, poranki. Było wspólne łóżko, mieszkanie. Mam wspaniałego faceta, partnera i przyjaciela. Jestem szczęśliwa, najszczęśliwsza. Bo kocham i jestem kochana. I choć różnimy się tak bardzo, stanowimy zgrany duet. Ja, chodzący wulkan, On, oaza spokoju. Przed Nami kolejne święta, jeszcze spędzane częściowo osobno, ale z nadzieją na wspólne w przyszłym roku. Mam, wbrew pozorom, wystarczająco dużo, by być bezgranicznie szczęśliwą. Mam przed sobą ostatni, mam nadzieję, rok studiów, pisanie pracy licencjackiej, obronę. Mam przed sobą wiele wspaniałych chwil. I cokolwiek jeszcze przede mną, wiem, że nie będę już sama, że obok zawsze będzie On. Zawsze. Na zawsze.   I choć ideałem nie jestem na pewno, myślę, że jestem dobrym człowiekiem, że mimo wielu błędów jakie zdarza mi się jeszcze popełniać, zasługuję na to, co mam. Zaczęłam to doceniać jakiś czas temu. I przede mną, przed Nami, nowy etap w Naszym wspólnym życiu. I są postanowienia, m.in. takie by być lepszym człowiekiem. Będzie czas na rzucenie papierosów, od których zdążyłam się uzależnić, będzie czas na ponowną walkę z chorobą, czas na bycie z Nim i na wiele innych, mniej lub bardziej ważnych rzeczy.

czwartek, 20 października 2011

Mam!

Czasami nie nadążam sama za sobą. Czasami mam sama siebie dość. Czasami podziwiam samą siebie. Jakieś kilkanaście minut temu, rozmawiając z moją mamą przez telefon, jeszcze nie byłam przekonana. Za to teraz jestem już prawie pewna i chyba mam już temat mojej pracy licencjackiej! Jeszcze sama w to nie wierzę, jeszcze to wszystko wydaje się być zbyt świeże, zbyt nierealne. A jednak. Musiałam się tutaj tym pochwalić. Bo jak nie tutaj, to gdzie? Czeka mnie teraz upewnienie się w przekonaniu, że to jest właśnie to, przedstawienie tematu mojemu promotorowi i szukanie bibliografii a to chyba będzie najtrudniejsze. No cóż, póki co idę się przespać z tą myślą, a uwierzcie mi, że zaśnięcie teraz będzie dla mnie nie lada wyzwaniem.

Teaching English as a foreign language by means of songs.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Siedem rzeczy.


  1. Jestem szatynką, choć praktycznie przez całe moje dotychczasowe życie byłam przekonana iż jestem brunetką! Jakież było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałam się jak bardzo się mylę! No cóż. Mogłabym się nawet zastanawiać, czy mój naturalny kolor nie można by było nawet podciągnąć pod ciemny blond… Ale chyba mojej głowie daleko od naturalności. Przynajmniej na razie. Oj lubiła Niebieskooka eksperymentować z kolorami, oj tak. I długo nie widziałam swojego naturalnego koloru, a jak udało mi się uzyskać na mej głowie odrobinę naturalności, jakiś czort mnie podkusił by kupić farbę. I może nie byłoby tak źle, gdyby nie ten kolor, który wyszedł ciemniejszy niż się spodziewałam! Aktualnie powoli odzyskuję mój naturalny kolorek i poważnie się zastanowię zanim ponownie sięgnę po farbę!
  2. Mam sezonowe piegi! Tak, tak, sezonowe. Od wczesnej wiosny do jesieni, na mojej buzi dominują w artystycznym nieładzie najrozmaitsze kropeczki koloru brązowego :) i pomyśleć, że kiedyś tak bardzo ich nienawidziłam! I mój dziadek mi powtarzał, tak jak mojej cioci, że ja bez piegów jestem jak niebo bez gwiazd. I uśmiechałam się wtedy trochę ironicznie przeklinając w myślach owy wybryk natury. Dopiero po kilku ładnych latach, a właściwie to całkiem niedawno, zrozumiałam i doceniłam to porównanie. Bo ja kocham te moje brązowe kropki co do jednej! I jak to się mogło stać? Kiedy któregoś dnia wzięłam gazetę do rąk i przeczytałam, że dziewczyny malują sobie piegi specjalną kredką, doceniłam matkę naturę, która mi je dała. Co prawda, tylko sezonowo, ale zawsze. I już nie zakrywam ich pod warstwą mniej lub bardziej koloryzujących specyfików.
  3. Zanim trafiłam na filologię angielską, miałam kilka innych pomysłów na siebie. A może warto zacząć, że miałam okres kiedy planów na swoją przyszłość nie miałam wcale. A właściwie moja głupota mną zawładnęła i zbuntowana dziewucha nie chciała słyszeć o żadnych studiach. Całe szczęście, że mi to minęło tak szybko jak się przypałętało! Więc maturę pisałam z polskiego, angielskiego i z biologii. Przez moment zastanawiałam się również (dodatkowo) nad chemią, ale było to chwilowe. Kiedy przyszło do wyboru kierunku studiów i składania papierów, ‘zafascynowana’ biologią złożyłam dwa podania na akademię rolniczą, na biologię i ochronę środowiska. Szczęście moje, że się nie dostałam, bo gotowa byłam tam pójść i cierpiałabym okropnie! A że możliwość miałam złożenia dokumentów na trzy kierunki, ostatnie zaniosłam na UAM, kierunek: pedagogika wczesnoszkolna z elementami języka angielskiego. Wtedy płakałam, że nie spodobał im się mój rysunek na egzaminach wstępnych, dziś wiem, że dobrze się stało. Kiedy wyczerpałam swoje możliwości, a rodzice naciskali coraz bardziej, stanęło na szkole prywatnej. Bo języki obce są bardzo przyszłościowe, a że zawsze lubiłam się ich uczyć, stanęło na Wyższej Szkole Języków Obcych. Po pierwszym roku moje zafascynowanie przeminęło, a moja uczelnia skutecznie pozbawiła mnie jakichkolwiek dalszych chęci. Nie długo musiałam czekać na pierwsze rozczarowanie a teraz nawet śmiało mogę powiedzieć, że wybór, nie tyle co tego kierunku, ale co tej uczelni był, a właściwie nadal jest moim życiowym błędem. Wiem, że jeśli miałabym jeszcze raz decydować, maturę pisałabym z historii a na studia poszłabym na dziennikarstwo lub coś pokrewnego. Bo przecież od zawsze chciałam pisać, od zawsze moją pasją było pisanie. I myślę, że to właśnie w tym odnalazłabym się naprawdę. Praca w redakcji gazety, dobrej gazety, to szczyt moich marzeń.
  4. Tato od dziecka mi powtarzał, że w ‘gorącej wodzie kąpana jestem’. I może wtedy niekoniecznie znałam sens tego stwierdzenia, tak teraz znam go doskonale. I coś w tym jest. Niecierpliwy nerwus, w dodatku ze słomianym zapałem! Moje trzy najgorsze (dla mnie) wady, z którymi (a w szczególności z nerwusem) staram się skutecznie (lub mniej) walczyć. No cóż, nikt idealny nie jest. Zawsze chciałabym mieć wszystko ‘już’, co nie znaczy, że jestem typem rozkapryszonej dziewuchy, bo tak nie jest.  Potrafię czekać, choć cierpliwość jednak moją mocną stroną nie jest i potrafię czasem tupnąć porządnie nogą, ale walczę z tym! I tu wychodzi również mój słomiany zapał… Przerywam jedno, zaczynam drugie, a to zazwyczaj kończy się ‘bałaganem’. Generalnie mam dominującą osobowość i pod tym względem dobraliśmy się z Niebieskookim idealnie, bo jemu wygodniej jest być tą mniej dominującą stroną. I czasami tylko brakuje mi, żeby to On był silniejszy ode mnie, ale to też potrafi, więc wymiana rolami funkcjonuje u Nas bardzo dobrze.
  5. Uwielbiam wszystko, co zalicza się do działu ‘hand made’ (czyt. zrobione ręcznie).  Zdolności plastyczne zdecydowanie odziedziczyłam po mamie. Żałuję tylko, że nigdy nie robiłam nic więcej w tym kierunku. Ostatnio powróciła do mnie chęć robienia czegoś twórczego, więc kto wie czy po wypłacie nie odwiedzę paru miejsc i nie zaopatrzę się w szereg najróżniejszych materiałów i może powrócę dorobienia kartek lub czegoś na własny użytek? Ostatnio zaopatrzyłam się w najzwyklejsze duże drewniane serducho, które można powiesić na sznurku, przykleiłam do niego najzwyklejszą drewnianą klamerkę (taką do prania) i przypięłam plik białych pustych karteczek i całe serducho powiesiłam sobie na regale, pod ręką, na wypadek potrzeby zapisania czegoś ważnego. Efekt końcowy zadowalający w stu procentach. W wolnej chwili, może uda mi się sfotografować moje ‘dzieło’.
  6. Wiadomo, że dojrzewanie u wszystkich przebiega w różnym czasie i ma na to wpływ wiele czynników. W wieku 17 lat byłam gotowa na założenie rodziny, posiadanie dziecka. Wcześnie, a nawet wydawałoby się, że za wcześnie. Byłam wtedy w związku z P. i miałam ogromne plany. Chciałam się usamodzielnić, wyjść za mąż, urodzić dziecko. I nawet przez chwilę wydawało mi się, że mogłam to mieć. Przez chwilę było to tak bardzo realne. Tak, prze chwilę myślałam, że jestem w ciąży. Na szczęście, teraz na szczęście, nie byłam. Po rozstaniu cieszyłam się, że nie zaszłam w ciążę, że nie mam dziecka z nieodpowiedni mężczyzną, ba!, że nie wyszłam za nieodpowiedniego mężczyznę. A jak jest teraz? Teraz wiem, że jestem z odpowiednim mężczyzną i wiem, że dopiero teraz byłabym w stanie, w pełni odpowiedzialnie, założyć rodzinę i urodzić dziecko. Ale też wiem, że nie jest jeszcze na to dobry moment póki studiuję. Wiem, że zegar biologiczny tyka, wiem, że mam prawie 23 lata i wiem, że chcę urodzić przed 30 i wiem, że ma jeszcze kilka lat. Długich lat.
  7. Największy problem sprawia mi ta siódma rzecz, bo mam wrażenie, że już wszystko o mnie wiecie… więc może umówmy się, że zostawię ją Wam – jeśli chcecie coś o mnie wiedzieć, piszcie. Chyba tak będzie prościej, łatwiej.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Małe - wielkie miłości.

Jako nastolatka nie miałam wielu znajomych. I o ile w ogóle ich miałam, byli to ci, którzy byli kiedy mnie potrzebowali. Jakoś nie cieszyłam się popularnością wśród rówieśników, co niestety dawało mi się we znaki ogromnie. Może dlatego, że rodzice pracowali w szkole, nie byłam kojarzona jako osoba, z którą warto by było się zadawać. Więc w podstawówce generalnie jeśli już miałam znajomych, były to znajomości bardzo powierzchowne, a co dopiero tu mówić o zainteresowaniu płci męskiej moją osobom. Owszem, pamiętam jednego chłopaka z czasów wczesnoszkolnych, ale z tego co pamiętam nie trwało to dłużej niż kilka dni i był to raczej nic nieznaczący 'epizod'. Nic więcej. 

Potem poszłam do gimnazjum, do innej szkoły. I dopiero tam przestałam być częściowo kojarzona jako córka 'ciała pedagogicznego'. Więc w gimnazjum było trzech chłopaków, którzy na dłużej pozostali obiektem moich zainteresowań  Czy to czysty przypadek, że ich imiona zaczynały się na literkę P.? Właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Pierwszy był Patryk, w klasie wyżej. Pierwsze moje zakochanie, tęskniące spojrzenia w jego kierunku podczas szkolnych przerw. Zawsze trzymał się ze swoimi kolegami w niezmiennym składzie. Było kilka spotkań naszych oczu, najpierw przypadkowe, potem zamierzone. Telefony, kilka zamienionych słów, bardziej moich niż jego. Kilka mniej lub bardziej przypadkowych 'spotkań' na mieście, kiedy widziałam go razem z kolegami. Nic więcej. Nawet nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Po jakimś roku rozeszło się po kościach. 

Drugi był Paweł. Znaliśmy się jeszcze z podstawówki, chodziliśmy do jednej klasy. Ale tak naprawdę zauważyłam go dopiero w drugiej klasie gimnazjum. Chodziliśmy do równoległych klas, ja do A, on do B. Jeździliśmy do szkoły tym samym autobusem. Dzięki mojej koleżance, on dowiedział się, że mi się podoba. Od samego początku dał mi jednak do zrozumienia, że nie szuka dziewczyny. Było kilka zdań zamienionych w szkole. Pamiętam, że wpisał mi się do pamiętnika. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że podoba mu się dziewczyna z pierwszej klasy. Wtedy to był dla mnie cios. Byłam obrażona na cały świat i na niego, bo ponoć nie chciał mieć dziewczyny. Ale minęło kilka tygodni i samo przeszło. Pamiętam jak bardzo cierpiałam, ze wszystkie moje koleżanki z kimś chodzą, a ja jedna nie. Kontakt odnowił się po latach, wspominaliśmy wtedy ten czas, czas gimnazjum, kiedy byłam nim zauroczona. Były rozmowy na gg w nocy i propozycje spotkania, ale chyba zabrakło odwagi.

Potem poszłam do trzeciej klasy. Pojechaliśmy na klasową wycieczkę i tam zaczęła się historia z Piotrem. Chodziliśmy do tej samej klasy, a tak naprawdę oboje nie zwracaliśmy na siebie uwagi, co więcej nie przepadaliśmy za sobą. Któregoś wieczoru, kiedy razem z dziewczynami poszłyśmy do pokoju chłopaków i spędziliśmy wieczór grając w karty, popijając colę i jedząc paluszki, spojrzałam na niego i poczułam dziwne ukłucie w brzuchu. Na tej wycieczce całą klasą zbliżyliśmy się do siebie, mieliśmy okazję się poznać poza szkolnymi murami. I może właśnie w ten sposób zaczęłam widzieć w P. kogoś więcej niż kolegę z klasy. Nie przespałam wtedy pół nocy, przegadałam z koleżanką, nawet napisałam mu list, o tym, co poczułam. Następnego dnia koleżanka zaniosła mu list. Był to dzień wyjazdu do domu z tego, co dobrze pamiętam. Kiedy poszłyśmy z dziewczynami do ich pokoju, on tez tam był, podszedł do mnie i zapytał czy sama pisałam ten list. Wszyscy patrzyli na nas. Odpowiedziałam mu, że tak, a on mnie przeprosił. Za co? Zawsze lubiłam pisać szkolne wypracowania i co więcej, całkiem nieźle mi to szło. Z wypracowań dostawałam zawsze same piątki i szóstki, a cała klasa uważała, że na to nie zasłużyłam. Więc P. po przeczytaniu mojego listu tak wmurowało, że przeprosił mnie, że się ze mnie nabijali. Poczułam w sercu taką ogromną radość, poczułam się doceniona. Wracaliśmy do domu autobusem, ja z koleżanką siedziałyśmy razem i po drugiej stronie siedział P. ze swoim kolegą. Byłam uszczęśliwiona jego widokiem. Ukradkowe spojrzenia i nieśmiałe uśmiechy. P. wziął mój telefon i wpisał mi swój numer telefonu. Miał się odezwać następnego dnia. Odezwał się. Pisaliśmy sms-y, o wszystkim i o niczym. Pisałam do niego listy, którymi on był oczarowany. Nie oczekiwałam, że mi odpisze, wystarczyło mi, że czytał je wszystkie. Wielkimi krokami zbliżał się koniec roku. Nasz kontakt był głównie sms-owy. Nadeszły wakacje i nasz kontakt stopniowo zaczął się urywać. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że niby ma dziewczynę. Kolejny cios prosto w serce. Pamiętam  że dopiero po dwóch latach przeszło mi całkowicie. W tym czasie widziałam go od czasu do czasu, a nasz kontakt ograniczył się do zwykłego "cześć". Z perspektywy czasu wiem, że głównie nie wyszło nic z tego z mojego powodu. Teraz wiem, że zbyt wiele chciałam, za bardzo chciałam i to go przestraszyło(?). Wiem też, że gdyby nam obojgu nie brakowało odwagi, na pewno potoczyłoby się wszystko inaczej. Zawsze miałam do siebie żal, że nic nie zrobiłam. Że nie chwyciłam go za rękę kiedy miałam okazję. Ale czasu cofnąć nie potrafiłam. 

Potem w liceum poznałam kolejnego Piotra. Zawrócił mi w głowie. Mój pierwszy chłopak i pierwszy poważny związek, który trwał aż cztery lata. Były plany o ślubie, dziecku, wspólnym mieszkaniu. Teraz wiem, że o cztery lata za dużo. Był to związek czysto toksyczny, który niszczył mnie. On mnie niszczył. I żałuję, że tak późno przejrzałam na oczy, że tak późno ocknęłam się i zrozumiałam, że to nie jest miłość. 
I kiedy coraz bardziej to do mnie docierało, pojawił się Robert, nasz wspólny kolega. Jeździliśmy tym samym autobusem, ja na zajęcia, on do pracy. I podczas tych kilkudziesięciu minut spędzanych razem, coś się zaczęło wykluwać. Najpierw były rozmowy. Wydawało mi się, że nikt nie potrafi mnie tak słuchać i zrozumieć jak on. Mogłam mu powiedzieć o wszystkim. Zaczęło się niewinnie. Potem był dotyk rąk, kilka słów. Wiedziałam, że nie może dać mi więcej niż spotkania, o których nikt nic nie wiedział, bo przecież, P. jest jego kolegą i to nie wypada. Rozumiem, chciał być lojalny. Ale ja nawet nie wiem kiedy zadurzyłam się w nim po uszy. Więc spotykaliśmy się, na jego zasadach, ale wystarczało mi to. Czułam jego obecność, jego dotyk, pocałunki. Niczego wtedy nie było mi trzeba. To on uzmysłowił mi, że istnieje inne życie nie związane z P. I za to jestem mu wdzięczna, to dzięki niemu zakończyłam związek z P. Pewnej nocy przyjechał do mnie, żeby mnie pocieszyć. Kochaliśmy się w trawie. Nic nie miało wtedy znaczenia. Trwało to kilka minut, najdłuższych minut. Potem, z biegiem czasu mi zaczęło zależeć, ale on dawał jasno mi do zrozumienia, że chce tylko jednego. Nasz kontakt pozostał czysto koleżeński, on zmienił pracę, przestaliśmy się widywać. Mimo to, nigdy niczego nie żałowałam, ani jednej chwili z nim spędzonej. 

No i potem w moim życiu pojawił się M. - mój Najukochańszy.  Z M. poznaliśmy się kiedy ja byłam w liceum. Jeździliśmy tym samym autobusem. Już nie raz opisywałam na blogu tą historię, dlatego nie chcę się rozpisywać. To dzięki M., a właściwie przez M. poznałam P. Pamiętam czas, kiedy zaczynałam spotykać się z P., jeszcze wtedy pisaliśmy do siebie z M. smsy. I któregoś wieczoru zapytałam Go, czy między Nami mogłoby coś być. I wtedy dowiedziałam się że M. ma dziewczynę. Cały czar między Nami prysł. Chemia przestała być wyczuwalna, i P. zajął miejsce w moim sercu. Dopiero po czterech latach spotkaliśmy się ponownie, wiedzieliśmy, że nie przepuścimy drugiej szansy. Po czterech latach powiedziałam Mu, jak bardzo mi wtedy na Nim zależało i usłyszałam, że On oddałby życie za mój uśmiech. Długo oboje mieliśmy żal, że tak długo czekaliśmy na siebie, że tak wiele dni zmarnowaliśmy. Teraz wiemy, że chcemy być razem, na dobre i na złe. Kochamy się, mimo wszystko, a to jest najważniejsze.