poniedziałek, 28 października 2013

Lubię takie dni jak dziś:) kiedyś wyznawałam teorię 'nie lubię poniedziałków', od jakiegoś czasu nawet je polubiłam, bo jest to dla mnie dzień wolny. Szczególnie dziś, siedzę sobie w piżamie i nigdzie mi się nie śpieszy, nie ma żadnych rzeczy pilnych, którymi muszę się zająć - żyć nie umierać:) 
Weekend na uczelni jakoś minął, choć nerwów było sporo. Począwszy od faktu, iż miałam kryzys i tam gdzie siadłam, tam bym mogła spać skończywszy na promotorce, która znowu miała wielkie 'ale' do mojego rozdziału i zasugerowała całkowitą zmianę tematu jak i nowy rozdział. Głupie babsko i tyle, nie zamierzam się poddawać i będę się bronić rękoma i nogami. 
W sobotę w końcu udało nam się spotkać z księdzem, zapisał sobie termin naszego ślubu i kazał się zjawić w czerwcu z dokumentami:) Tak więc na dzień dzisiejszy najważniejsze mamy już uzgodnione. W grudniu idziemy na nauki przedmałżeńskie a w między czasie musimy jeszcze znaleźć fotografa i pomału rozglądać się za moją sukienką:)
Mamy końcówkę października a więc wielkimi krokami zbliża się listopad i święto zmarłych. W tym roku jedziemy z rodzicami Em. do ich rodzinki za Warszawę. Bardzo się cieszę, bo byłam tam dopiero raz a bardzo chętnie odwiedzę ich ponownie. I będzie okazja by osobiście powiedzieć o ślubie i wstępnie ich zaprosić:) A w związku z naszym wyjazdem, który już w czwartek, muszę w tygodniu po pracy podjechać na moje rodzinne groby, zapalić lampki i pomodlić się. 
Wczoraj wygrzebałam moje sznurkowe bransoletki, oj już nie pamiętam kiedy ostatni raz cokolwiek stworzyłam:) postanowiłam zrobić małą wyprzedaż tego, co mi zostało i nie mogłam się powstrzymać by nie zamówić kolejnych sznurków i zawieszek:) Czy któraś z Was lubi takie sznurkowe bransoletki (takie jak Lilou)? Ja je wprost uwielbiam, a co w nich najlepsze, że samemu można od podstaw stworzyć taką bransoletkę, nadać jej unikalny charakter i małe prawdopodobieństwo by ktoś miał taką samą. A że te z Lilou kosztują majątek, sama zaczęłam takie robić:) Gdybyście miały ochotę przygarnąć taką bransoletkę, chętnie pokażę Wam zdjęcia:)
A teraz zmykam się troszkę ogarnąć, bo ileż można w piżamie paradować:) Miłego dnia!

piątek, 25 października 2013

Ostatnio mamy piękną, cieplutką jesień... i od razu humor lepszy i żyć się chce. Choć ciekawa jestem jak długo, bo już słyszałam, że pogoda ma się niebawem popsuć :( 
Weekend spędzam na uczelni, dziś po południu zaczynam zajęcia i oddaję już gotowy pierwszy rozdział pracy do sprawdzenia. Jutro na szczęście zajęcia mam tylko do południa, więc wybieramy się do teściów i do księdza. I w niedzielę mam jeden bezsensowny wykład w połowie dnia, więc ani sobie nic nie zaplanujemy. 
Kolejny tydzień minął mi intensywnie i szybko, na szczęście już po @ więc i humor lepszy i hormony się troszkę uspokoiły. Swoją drogą wypadałoby się umówić na wizytę i przejść się po kolejną receptę, bo zaczęłam ostatnie opakowanie tabletek. 
Widzę, że sporo osób mi tutaj pisze, że jeszcze nie mamy daty ślubu. Mamy datę ślubu, już od dawna, już część rzeczy mamy załatwionych właśnie na ten jeden jedyny dzień - odsyłam do zakładki ślubnej :) A to, że jeszcze nie byliśmy u księdza, nie znaczy, że tej daty nie ma. Jest. Swoją drogą, mam nadzieję, że proboszcz już wrócił i jutro go zastaniemy. 



niedziela, 20 października 2013

Pod górkę.

Pojechaliśmy w sobotę na mszę do parafii Em., żeby po mszy spotkać się z proboszczem i zaklepać sobie termin ślubu. Dlaczego wcześniej nie wzięłam tej opcji pod uwagę? Kościół jest przepiękny! Mały, drewniany kościółek, w środku przytulnie, kameralnie, czyli tak, jak byśmy chcieli:) Zaczęła się msza i byliśmy pozytywnie zaskoczeni księdzem, całe poprowadzenie mszy, jego podejście do parafian, czułam, że w końcu jesteśmy we właściwym miejscu. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że to nie jest proboszcz a ksiądz w zastępstwie :( No cóż, drugie podejście zrobimy w przyszły weekend, mam nadzieję, że do tego czasu właściwy ksiądz wróci i będziemy mogli zaklepać sobie 'nasz dzień'. 
Dostałam @ i hormony dają mi się we znaki. Nawet Em. zauważył, że jestem jakaś rozbita, przygnębiona, nieswoja. No tak, czuję się nie najlepiej. Mam nadzieję, że to szybko minie, bo w te dni ciężko mi samej ze sobą wytrzymać. 
Choć najbardziej przygnębia mnie kwestia mojej magisterki... Już dawno powinnam skończyć pierwszy rozdział, a tu dupa. Brakuje mi materiałów, stoję w miejscu. Dwa dni szukałam materiałów i nic. Nie chcę znów zmieniać koncepcji, chcę to wreszcie skończyć. Normalnie zostawiłabym to w spokoju na kilka dni, poczekała na przypływ energii i motywacji, ale Nasza promotorka narzuciła takie tempo, że nie sposób ze spokojem to ogarnąć. W piątek mamy oddać drugi rozdział, to jakiś absurd! Nie wiem kiedy i jak skończę pierwszy rozdział, ale na pewno nie oddam jej drugiego w piątek, bo mało realne bym zaczęła go pisać. 
I nie mam weny by pisać dziś o czymkolwiek innym, nie umiem. 
Idę wtulić się w moje 36,6, to chyba jedyne najlepsze rozwiązanie na chwilę obecną.

środa, 16 października 2013

Lubię jesień, ale nie jak pada i jest zimno... aż się nie chce nosa z domu wystawić. A taką właśnie pogodę mamy dziś za oknem. Wczoraj było pięknie, słonecznie a dziś taka zmiana. Szczególnie nie lubię jeździć autem w taką pogodę, ale cóż zrobić. 
W pracy wszystko się układa. Byłam wczoraj na pierwszym spotkaniu u znajomej mojej szefowej. Ma dwójkę dzieci, dziewczynkę 3 latka i chłopca 6 lat. Będę do nich chodziła dwa razy w tygodniu, więc dodatkowy pieniądz będzie:) a dzieci są rewelacyjne, szczególnie mała, więc na pewno będą to miłe zajęcia. Dodatkowo mam jeszcze trzy dziewczynki prywatnie, które przychodzą do domu, do moich rodziców, więc i tu mam dodatkowe pieniążki. 
Przemyślałam sobie wszystko, przeliczyłam i stwierdziłam, że nie ma co patrzeć na dojazdy i żałować na paliwo, jak mogę wrócić do domu i spać spokojnie. Najbardziej męczyły mnie właśnie te dojazdy, jechałam do pracy i zostawałam u rodziców. Pewnie, fajne rozwiązanie, bo zaoszczędziłabym na paliwie, ale nie takim kosztem. Odkąd wyprowadziłam się z domu, powoli wszystkie moje rzeczy zniknęły z pokoju, nawet moje łóżko. Nic więc dziwnego, że jak jechałam do rodziców czułam się 'obco'. Nie miałam własnego konta, spałam na rozkładanej kanapie w salonie, albo u brata na łóżku. I co więcej każda noc była męczarnią, budziłam się zawsze po kilkanaście razy, wstawałam niewyspana. Oliwy do ognia dodawała też moja mama, nigdy się nie dogadywałyśmy, a teraz kompletnie się odzwyczaiłam od tego i jest jeszcze więcej kłótni. Po dniu spędzonym u rodziców zawsze byłam rozdrażniona, przybita i strasznie tęskniłam za powrotem do siebie. Więc stwierdziłam, że nie ma sensu się tak męczyć. Em. narzeka, że dużo wydam na paliwo, ale cały czas staram się go przekonać, że dam radę a przynajmniej męczyć się nie będę. No niestety sytuacja jest jaka jest, więc u rodziców będę zostawać tylko czasami. Nie wiem co zrobię, jak przyjdzie zima, bo wtedy nie jeżdżę autem, myślę nad dojazdami autobusem lub pociągiem, ale wtedy miałabym do pokonania całe miasto do pracy. Zobaczymy, na razie o tym nie myślę i skupiam się na tym co jest.
Byliśmy w sobotę w kościele na mszy, w tym, w którym początkowo chcieliśmy wziąć ślub. Po mszy mieliśmy iść porozmawiać do księdza, ale wszystko się diametralnie zmieniło! Kościół ogromny, za duży jak dla naszej ceremonii. W środku tak szaro-buro, zaniedbany ten kościół, jak w jakiejś piwnicy. Jak usłyszałam organistę, myślałam, że wyjdę i po minie Em. widziałam, że też ma taką ochotę. Katastrofa! Do tego cała msza taka sztywna, ksiądz taki bez życia... no nie, bez przesady, nic na siłę. Po mszy zawinęliśmy się do domu. Może i mamy duże wymagania, ale to ma być Nasz dzień. Po długich naradach postanowiliśmy, że weźmiemy ślub w parafii Em. Tam jest śliczny mały drewniany kościółek, więc nie wiem dlaczego od razu nie wzięliśmy tej opcji pod uwagę. W sobotę jedziemy porozmawiać z księdzem i mam nadzieję, że w końcu uda nam się zaklepać termin:) A organistę będziemy mieli własnego, musimy poszukać:) może znajdziemy coś fajnego:) Tym się na razie nie martwię. 
Dziś znów jadę na zajęcia, potem do rodziców. W planach mam dziś usiąść i dokończyć w końcu pierwszy rozdział mojej pracy, bo tu już drugi trzeba pisać, takie nam tempo promotorka narzuciła... 
Coraz lepiej odnajduję się nowej sytuacji, mam nadzieję, że w końcu do perfekcji opanuję łączenie pracy, dojazdów, szkoły i innych obowiązków:)
A teraz sobie troszkę potęsknię, do jutra...

piątek, 11 października 2013

W biegu, ze ślubną nutką.

Wiem, powtarzam się, czas pędzi niesamowicie! Znów kolejny tydzień nam minął. Odkąd jestem 'kobietą pracującą' czas przyśpieszył jeszcze bardziej.
Weekend mieliśmy dość intensywny, ale za to w pełni udany i spędzony ze sobą. W sobotę świętowaliśmy nasz urodziny:) pojechaliśmy na małe zakupy:) i tak kupiłam sobie jeansowe legginsy ( a właściwie niczym nie różnią się od normalnych jeans'ów, tyle że mają gumę w pasie:)) a i M. się obkupił w dwie pary spodni, buty i ciepłą czapę, co by mu było ciepło w uszy w pracy:) Zrobiliśmy przy okazji małe zakupy. Upiekłam sernik bananowy (pychota!) i pojechaliśmy do teściów. W niedzielę wybraliśmy się do kościoła na mszę, do tego w którym będziemy mieli nauki przedmałżeńskie, żeby się księdzu na oczy pokazać ciut wcześniej:) A z tego co sprawdziliśmy, 2 grudnia zaczynają się spotkania. Po mszy pojechaliśmy do Ikei, daaaawno już nie byliśmy. Kupiliśmy sobie kapciochy, bo te, które mamy już się zużyły, zjedliśmy obiadek, pooglądaliśmy sobie szafy, bo w końcu będzie się trzeba dorobić normalnej szafy na wieszaki, w drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o centrum handlowe i tak nam przeleciał cały weekend, późnym popołudniem byliśmy w domu. 
A tydzień zleciał mi tak szybko, że sama nie wiem kiedy. Wtorek, środa, czwartek w pracy więc w domu było mnie niewiele. Miałam pisać pracę, przygotować się na zajęcia... tylko kiedy? W efekcie dziś od rana siedzę na tyłku i przygotowuję się na zajęcia. 
Dziś po południu mam jedne zajęcia, jutro od rana dwa, w niedzielę jeden wykład. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego nie zbili nam tego w jeden dzień? Lubią utrudniać życie. A praca miała się pisać, póki co stoi w miejscu. Najważniejsze, że mam już materiały, teraz pójdzie (mam nadzieję) ciut lepiej. 
Sprawy ślubne mkną do przodu:)  Wczoraj podpisaliśmy umowę z dj'em, a przy okazji okazało się, że oni tam mają całe centrum ślubne:) więc prawdopodobnie fotografa też będziemy mieli od nich, podejmiemy decyzję jak zobaczymy zdjęcia. No i najważniejsze, przez co miałam już dzisiaj pierwszy sen ślubny, kwestia sukni! Wiedziałam, że czeka mnie wycieczka po salonach sukien ślubnych i szczerze się tego obawiałam. Wszystkie suknie w salonach są w małych rozmiarach. No nie oszukujmy się, trochę kilogramów tu i tam się ma, do tego większy biust... czułam, że będzie to dla mnie męka, żeby dobrać sukienkę w odpowiednim rozmiarze i fasonie. A tu nagle, okazało się, że mama naszego dj'a jest krawcową i ma własną pracownię sukien ślubnych. Boże, jakie ona cudne sukienki szyje! Oglądałam zdjęcia sukienek z salonów i jej wersje, które ona szyła... były o niebo lepsze od tych z salonów. I oglądając te wszystkie zdjęcia znalazłam kilka wariantów, w sumie bardzo do siebie podobnych i już jestem pewna, że będę miała sukienkę szytą właśnie przez tą panią:) Wcześniej nie rozważałam nawet opcji uszycia sukienki, ale jak się okazuje szybko zmieniłam zdanie. Dla tej kobiety nie ma rzeczy nie możliwych, do tego konkretna, widać, że zna się na rzeczy - miód na moje serce:) Więc teraz już ze spokojem pójdę po przymierzać różne modele i zobaczę, w którym dobrze wyglądam i czuję, a potem szybciutko podpisać umowę, bo najpóźniej do końca roku muszę się zdecydować. 
Myślę, że moja suknia, będzie mniej więcej w tym stylu:


Zostawiam Was ze zdjęciem i pędzę się szykować na zajęcia. W planach weekendowych wizyta u księdza i zaklepanie w końcu terminu ślubu, bo w zeszłym tygodniu nie daliśmy rady, więc może teraz się uda:)

piątek, 4 października 2013

Październikowo.

Mamy już październik. Tym samym został nam równo rok do ślubu, Naszego najpiękniejszego dnia:) A pamiętam jak zazdrościłam dziewczynom, że są zaręczone i biorą ślub, z nutką zazdrości oglądałam ślubne zdjęcia i czekałam, aż Em. będzie gotowy by poprosić mnie o rękę. Doczekałam się i zaręczyn i ustalenia daty ślubu i teraz od zmiany nazwiska dzieli mnie zaledwie jeden rok, tylko 365 dni:)
Październik to zdecydowanie Nasz ulubiony miesiąc, a niedługo będzie jeszcze bardziej Nasz - nie mogę się doczekać! Plany na weekend są - świętować! Od 4 dni mam już 25 lat, jakby nie patrzeć ćwierć wieku już za mną... czy czuję się staro? Nie czuję się na swój wiek, dla mnie czas zatrzymał się gdy skończyłam 18 lat. Każde kolejne urodziny są jakby ich nie było.  I te cztery dni w roku, mam tyle samo lat co mój Em., który jutro kończy 26! Moje urodziny były w tygodniu, niemalże spędziliśmy je osobno, oboje w pracy, zabiegani i dopiero o 21 kładąc się razem spać, mieliśmy chwilę dla siebie. Dlatego w weekend świętować będziemy podwójnie:) Nie było więc żadnych wątpliwości kiedy wybieraliśmy datę ślubu, to musiał być październik!
Wczoraj w końcu podpisałam umowę o pracę. A ile przy tym nerwów miałam! Kiedy dostałam mejlowo wstępną wersję umowy zmartwiłam się strasznie, bo miałabym zarabiać 20 zł brutto za godzinę, czyli na rękę dostawałabym ok 10-15 zł. Przeliczyłam sobie wszystko i to nawet nie pokryłoby kosztów dojazdów. Byłam strasznie zrezygnowana, bo nie wiedziałam co robić. Nie chciałam rezygnować z tej pracy, tym bardziej, że tak długo szukałam pracy w zawodzie, a z drugiej strony nie miałabym z czego dokładać do paliwa i kosztów materiałów. Przy siedmiu godzinach w tygodniu i przy takiej stawce nie opłacałoby mi się to kompletnie. Jednak po długiej rozmowie z szefową i próbach przekonania jej, że za tą stawkę nie jestem w stanie dojechać a co dopiero mówić o innych kosztach, zgodziła się podnieść stawkę o tyle, że będę dostawała 20 zł do ręki za godzinę. Brzmi lepiej. Ja wiem, że nie jedna osoba chciałaby tyle zarabiać, ale nie oszukujmy się, musiałabym dokładać do tego sporo, a na inną pracę nie mam szans, bo tu mam zajęte trzy dni w tygodniu, a tylko 7 godzin w sumie, więc to wcale nie jest dużo. No ale ostatecznie chyba ustaliłyśmy takie warunki, że wilk jest syty i owca cała.
A dziś wybieram się do biblioteki. Moja promotorka już zaczęła robić nam problemy po oddaniu jej pierwszego rozdziału. Bezpodstawnie czepia się, no ale cóż. Poszukałam dodatkowych książek, pojadę do biblioteki i poprawię moją pracę na tyle, na ile się da. Ale już wiem, że łatwo z nią mieć nie będę, zresztą nikt nie będzie miał z nią łatwo. Ale taki chyba urok promotorów, czepiać się muszą. Szkoda tylko, że nie docenia naszej pracy i ironicznie powtarza, że aby napisać pracę trzeba się oczytać a nie wystarczy przeczytać jednej książki. Denerwuje mnie ta baba strasznie, bo dostała bibliografię z 30 pozycjami do pierwszego rozdziału, więc nie rozumiem jej komentarzy. Nic nie pomoże, tylko powtarza, że trzeba czytać. No kuźwa, jakbym nie czytała! Wrrrrr... lecę do czytelni zanim znów przejdzie mi ochota na samą myśl o tej krowie.