wtorek, 19 czerwca 2012

M jak mieszkanie, czyli o wspólnym mieszkaniu i naszych perypetiach.

Miałam wczoraj bardzo refleksyjny wieczór i postanowiłam napisać wszystko od początku jak to się stało, że mieszkam tu gdzie mieszkam, czyli o moich perypetiach. 
Nie tak dawno, jako nastolatka, nie potrafiłam przegapić ani jednego odcinka "M jak miłość". To był zdecydowanie mój faworyt jeśli chodzi o seriale. Zawsze oglądając ten serial, marzyłam, że i ja kiedyś jak będę na studiach będę mieszkała z przyjaciółmi tak jak w serialu. Byłam tym ogromnie zafascynowana i głównie stąd wziął się ten pomysł. Któregoś dnia, rozmawiając z koleżanką z grupy, dowiedziałam się, że będzie szukała współlokatorki. Chyba tego właśnie wtedy potrzebowałam. To był impuls, wyrwać się, być poza zasięgiem kontroli rodziców. Więc tak o to zamieszkałam z E. i z dwiema innymi dziewczynami. W sumie nasz przygoda trwała rok, a po roku zmagań z "małymi" współlokatorami (czyt. karaluchy) stwierdziłam, że to nie na moje nerwy. Z E. byłyśmy na tym samym kierunku i roku, ale w innych grupach ćwiczeniowych. Generalnie mieszkało Nam się fajnie dopóki E. nie zaczęła się kłócić ze swoim chłopakiem, potem między nami zaczęło się psuć i było różnie. Po roku mieszkania z E. wylądowałam w mieszkaniu studenckim, w pokoju jednoosobowym. Mieszkanie ogromne, na obrzeżach mieszkaliśmy w czwórkę. Po trzech miesiącach planowania wprowadził się do mnie mój M. Mieszkało Nam się generalnie dobrze, najważniejsze, że razem. Pokoik niby jednoosobowy, ale naszą dwójkę pomieścił bez problemu. Po ponad pół roku znaleźliśmy z Maciejem duży pokój z balkonem z wyjściem na ogródek, w tej samej cenie co nasz mały pokoik. Nie wahaliśmy się ani trochę. Tym bardziej, że mieszkanie było całkiem sympatyczne, najbardziej urzekła mnie kuchnia z dużą wspólną jadalnią. Z czasem jednak zaczęło wychodzić szydło z worka. Okazało się, że jedna ze współlokatorek jest straszną terrorystką. Wszystko jej przeszkadzało, chciała nami rządzić. Wyzywała mnie od szopa pracza, bo ona sama prała raz na miesiąc, ciągle chodziła w tym samym, a zapach możecie sobie same wyobrazić... masakra. To tylko jeden z nielicznych ekscesów panny K., który doprowadził do tego, że postanowiliśmy wynająć całe mieszkanie ze znajomymi. Wydawałoby się, że się dobrze znamy, że będzie nam się mieszkać idealnie. Jak bardzo się pomyliłam! Oczywiście rodzinna atmosfera była przez kilka miesięcy, wspólne obiady, rodzinne życie. Było miło, ale szybko się skończyło. Jak widać nie dane Nam jest mieszkanie z kimś. Do tego właścicielka, która pierwszy raz wynajmuje mieszkanie i jest kompletnie niezorientowana. Wszystko co robię, nie zostaje docenione (poza moim M. oczywiście). Już wcześniej mówiliśmy z M., że to będzie nasze ostatnie mieszkanie z kimś, ze potem zamieszkamy sami. Ale szczerze mówiąc myślałam, że tu trochę pomieszkamy. Cóż, los chciał inaczej. Odliczamy czas, bo od lipca nasze wspólne życie zmieni się o 360 stopni. Wynajęliśmy małą przytulną kawalerkę, w końcu sami. Jednak co najbardziej boli mnie teraz, to zachowanie dziewczyn. Niby mówią, że jesteśmy przyjaciółkami, ale chyba wg nich ta przyjaźń działa tylko w jedną stronę. Bo jak mają jakiś problem, coś jest nie tak, to momentalnie wiedzą do kogo przyjść. Pierwsze do zwracania uwag jak im się coś nie podoba, ale jak ja zwrócę uwagę to wielki foch. No niestety to działa w obie strony. Przykre to jest, ale prawdziwe niestety. Do moich przyjaciółek to im daleko, skoro nawet nie przyjdą porozmawiać. Zawsze się tym przejmowałam, taka już jestem. Bo się człowiek stara jak może, a dostaje po tyłku najbardziej.   Teraz więcej nie ma mnie w mieszkaniu niż jestem, nie mam czasu na bzdury, chociaż momentalnie ciśnienie mi do góry podchodzi jak słyszę trzaskające drzwi. Ostatnio to u nas norma, nikt nie dba, że może ktoś chciałby trochę ciszy. No cóż, teraz pozostaje to przetrwać, już tak niewiele nam zostało. Jakoś damy radę. Ale teraz wiem, że mieszkanie z kimś poza moim M. chyba nie jest dla mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Keep calm and write a comment:)